Marqueree - 12-07-2012 23:48:55

Macie ten swój Hentajec. Założę się, że paszkietne paskudztwo. Jak są błędy, poprawić. Ale nie na kolorowo Cher, kapiszi? x.X
Jak ktoś nie wie, To opis Nedii znajdziecie TU a Jyrgalla TU


Wino (Hentai JyrgallxNedia, +18)


   Lekko przymroczona alkoholem dziewczyna zatoczyła się i nieomal wyrżnęła o ogon kolegi. Właśnie w tej chwili Nedia wraz z Jyrgallem buszowali po sekretnym składzie winka Dyrektorki, o którym wiedziała cała szkoła. Rudowłosa już po trzech kieliszkach była lekko wstawiona. Właśnie wyrżnęła się o ogon Naga, dosłownie wpadając mu w ramiona.
- Oj… Kochana… Wiem, że na mnie lecisz, ale bez przesady. – czknął czarnowłosy. Był wstawiony bardziej od niej. Ale myślący.
- Moja wina Jyrguś, żeś rozwalił ogon na całej podłodze? – wymamrotała, opierając się cała o jego tors. Ładnie pachniał. I jeszcze to przyjemne ciepło. Zarzuciła mu ręce na ramiona, patrząc w oczy.
- Co? – zapytał głupio chłopak.
- Kochaj się ze mną. Tu i teraz. – palnęła, układając usta w ‘dziubek’.
- Za dużo winka. Na słuch mi poszło. – parsknął Nag.
- Nie poszło. Kochaj się ze mną. – powtórzyła uparcie. Jyrgall spojrzał na nią dziwnie.
   - Schlałaś się. Ja też. – stwierdził inteligentnie. Dziewczyna jednak nie dawała za wygraną. Wręcz przeciwnie – zaczęła się mocować z jego bluzką. Jyrgall westchnął, jednak, kiedy spróbował ją odepchnąć, złapała go za nadgarstki i mocno przywarła do jego ust. Zdziwiony chłopak, nie doznawszy wcześniej czegoś takiego, poddał się szybko. Zamruczał jej wprost do ust i zaczął rozpinać szarą koszulę Nedii. Spodobało mu się. Rudowłosa, korzystając z okazji popchnęła go na ścianę. Oparł się o kamień, siadając na podłodze i spojrzał na nią. Podeszła szybko, w biegu zdejmując koszulę i klęknęła przed nim, znów zatapiając się w tych malinowych ustach. Zdjął swoja bluzkę i szybko, z wrodzoną sprawnością rozpiął jej stanik. Rumieniec wstąpił na blade policzki czarnowłosego. Położył dłoń na jej brzuchu. Westchnęła. Delikatnie wiódł palcami po bladej skórze lisicy, aż trafił na – jego zdaniem – idealną pierś. Delikatnie ułożył na niej rękę i lekko ścisnął. Jęk. Po chwili do kupki ubrań dołączyły brązowe spodenki dziewczyny. Przylgnęła do jego torsu znacząc go delikatnymi malinkami. Była cierpliwa, bawiła się z nim nieśpiesznie. Zjechała z obojczyka na sutek i zaczęła go delikatnie lizać i przygryzać. Jyrgall jęknął głośno pod wpływem pieszczoty a Nedia siadła okrakiem na jego czarnym, wężowym ogonie. Usadowiła się wygodnie na płachcie okalającej biodra chłopaka i znów wpiła się w jego usta za pośrednictwem namiętnego pocałunku. Czarnowłosy objął ją w pasie, przyciągając bardziej do siebie. Robiło mu się gorąco. Zarówno na twarzy, jak i reszcie ciała. Pod skórą biegały mu bardzo przyjemne dreszcze. Dziewczyna również czuła się podobnie. Całe jej policzki miały mocno różowy odcień. Jęknęła, kiedy Nag jedną ręką przyciągnął ją do siebie a drugą zaczął kombinować z jej piersiami. Lekko odsunął ją do siebie i nachylił się nad jej szyją. Zaczął ją delikatnie lizać. Wolał nie gryźć ze względu na kły jadowe. Węży język wystarczał. Zamruczała, pocierając biodrami po materiale okalającym jego biodra, usadawiając się na stwardniałej męskości chłopaka. Uśmiechnęła się niewinnie i znów zaczęła jeździć po jego biodrach. Krzyknął cicho, czując ją przez materiał i odrzucił głowę w bok. To było chore. Nigdy się tak nie czuł. Tak… dobrze. Uśmiechnęła się znowu, schylając do szala utrzymującego przepaskę. Dwa węzły puściły szybko pod naporem jej palców. Delikatnie odchylała poły materiału aż nie dotarła do miejsca, w którym łączy się ogon z ludzkim ciałem.
- No, no, masz się czym pochwalić. – stwierdziła z uśmiechem. I wtedy się zorientował.
- Ty jesteś trzeźwa! – parsknął obrażony Nag. Jednak na przerwanie było za późno. Delikatnie wzięła jego męskość do ręki i zaczęła jeździć palcem po czubku. Odsunęła się nieco dalej, jadąc po jego ogonie i schyliła się, liżąc fikuśnie główkę. Po chwili wzięła go do ust, ssąc i przygryzając delikatnie. Jyrgall jęknął głośno kilka razy i zaczął sapać, cały czerwony na bladej twarzy. Nedia zaśmiała się, w jakiś sposób pozbywając majtek.
-Ty mi tylko nie mów, że jesteś… - spojrzał jej w oczy. Ta odwróciła wzrok, rumiana jeszcze bardziej.
- Po chuja chcesz to zrobić? – syknął wściekle.
- Bo chcę. Z tobą. Tu i teraz. – ułożyła usta w podkówkę, patrząc na niego. Westchnął ciężko, znów ją całując. Delikatnie zjechał niżej rękami, jedną ją przytrzymując a drugą delikatnie pieszcząc jej różę. Powoli wprowadził w nią jeden palec, potem drugi i trzeci. Jęki dziewczyny roznosiły się echem po pomieszczeniu. Wtuliła się w niego, chowając twarz w zagłębieniu szyi, tłumiąc kolejne odgłosy.
- Teraz tylko spokojnie. Przytul się i rozluźnij. – Wyszeptał Jyrgall. Nedia pisnęła cicho, ale zrobiła o co prosił. Chłopak natomiast uniósł ją powoli i usadził na swoim członku, nadal trzymając w górze jej ciało. Wbiła paznokcie w jego plecy i wbijała co raz mocniej za każdym razem, gdy opuszczał ją niżej. I nagle ból. Nie taki znowu mocny ale była pewna, że coś pękło wewnątrz niej. Po czarnej łusce spłynęło kilka kropel krwi.
- Boli? – zapytał zmartwiony Nag.
- Troszkę. – pisnęła rudowłosa, wtulając się w niego bardziej. Puścił. Westchnął tylko czując, jak na całej jego męskości opina się miękkie i ciasne wnętrze dziewczyny. Co za cudowne uczucie. Gdy tylko ból trochę przeszedł, dziewczyna zaczęła się delikatnie poruszać. Objęła go mocniej. Czarnowłosy również otoczył ją ramionami, nadając rytm. Pośród jęków i przyśpieszonych oddechów wyczuwalne było coś jeszcze. Ta noc była tylko dla nich. I nikt nie miał prawa im przeszkodzić. Pod koniec, myślał że już nie wytrzyma. Dziewczyna wygięła się w łuk z głośnym jękiem a chłopak przywarł plecami do ściany. Doszli oboje, niemal w tym samym momencie. Nedia czuła, jak nasienie czarnowłosego rozlewa się w niej. To było cudowne uczucie. Jeszcze jakiś czas siedzieli tak, wtuleni w siebie.
    - Neddy, co teraz? – zapytał cicho chłopak.
- Hmm… Mogę zostać twoją dziewczyną. – odparła cicho wprost do jego ucha.
- Czemu to zrobiłaś? – padło kolejne pytanie.
- Bo jesteś mój. I nikt inny, a tym bardziej taki durny inkub jak Mesh cię nie tknie. Nie pozwolę na to. – warknęła. – Ej, a bierzemy winko na później? – zapytała z uśmiechem. Jyrgall westchnął i zaczął się ubierać. Ta dziewczyna była naprawdę nienormalna.

Cherish - 12-07-2012 23:56:22

"pieszcząc jej różę."
Dlatego nie napiszę nigdy hentaia. Nie umiem TEGO kobiecego miejsca określić xDDD
=w= Czemu takie krótkie?

Khaazara - 13-07-2012 00:00:36

Dwa razy napisałaś na początku, że wyrżnęła o ogon
,,Jęknęła, kiedy Nag jedną Regą przyciągnął"
,,aż nie dotarła so miejsca"
,,Jeszcze jaki czas"
Więcej błędów nie widzę, ale ja ogółem ślepa jestem xD
A co do samej treści... Nie wiedziałam, że mój Jyrggy taki obeznany w temacie jest :D I myślałam, że 'skarbka' będzie miał jednak trochę niżej... Ale ciężko to określić, bo węże tułowia jako tako nie mają, więc jest ok xD Ale niezorientowanie w sytuacji jest bardzo w jego styul xD

Carolinee - 13-07-2012 12:49:29

Wah~ Czemuż to takie krótkie? ;w;
Poza tym, jest nieeźle, podobało mi się~
Ale hentaia bym nie napisała z tego samego powodu co Cherish. ._.

Marqueree - 13-07-2012 22:38:39

No comment odnośnie mojego beztalencia x.X Płytkie to jest x.X


Morgoth (pseudo-straszne, lekki romans, +16)


Park nocą, światło lampy przygasa co chwila. Dróżką szybko idzie dziewczyna. Śpieszy się, boi. Serce łomota jej w klatce piersiowej jak oszalałe. Przyśpiesza bardziej. Ktoś za nią idzie. Wie to. Dwóch mężczyzn. Strach nie paraliżuje, dodaje sił. Jeden z nich podbiega, łapie ją. Pisk.
- Gdzie tak pędzisz koteczku? Zabawmy się! – on nie jest pijany.
- Niech mnie pan puści! – wrzasnęła. Ładna, niewysoka o krótkich, brązowych włosach i pełnych przerażenia, szarych oczach. Próbuje się wyrwać. Na nic. Zaciągają ją z dala, w zarośla. Gwałcą. Długo i boleśnie. Dziewczyna płacze. Jej krew miesza się z nasieniem. Ale to nie koniec. Zaczynają ją kopać, w końcu jeden wyciąga nóż i wbija go w jej brzuch. Krew w ustach ma smak metalu. Dziewczyna widzi całe swoje życie. Wracała z urodzin koleżanki. Ból. Ale po bólu przyjdzie ukojenie. Naga, zgwałcona, z śmiertelną raną w brzuchu. Ból. Ale po bólu czeka śmierć. I ukojenie.
Kim on jest?
Wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu o oczach jak krew.
Ciemność. Czy życie dobiegło końca? Jej krótkie, szare, siedemnastoletnie życie? Ale po śmierci nie ma bólu. W niebie nie panuje mrok. Trumna nie jest tak miękka i ciepła.

Otworzyła powoli oczy. Po chwili dotarło do niej, że znajduje się w bogatym, gotyckim pokoju. Leży na wielkim łóżku krytym satyną w koszuli nocnej. I z bandażem na brzuchu. Rozgląda się płochliwie. Jak się tu znalazła? Skrzypnięcie drzwi.
- Wstałaś już? Szybko. – w progu rozległ się męski głos. Spojrzała tam. Wysoki, przystojny mężczyzna o białej skórze i czarnych włosach mierzył ją krwistym spojrzeniem.
- Kim jesteś? – zapytała. Spróbowała wstać – nie udało się. Mężczyzna w jednej sekundzie siedział na skraju łóżka i dopychał ją do poduszki. Zarumieniła się, ale nie bała. Emanował od niego dziwny spokój i poczucie bezpieczeństwa.
- Kim jesteś? I czemu mi pomagasz? – zapytała płaczliwie.
- Jestem twoim opiekunem. Demonem którego przyciągnęła twoje nienawiść i rozpacz, twój głód zemsty. – z początku wydało jej się to śmieszne. Ale rogi i skrzydła, które pojawiły się później, już nie.
- Czego chcesz? – zaczęła niepewnie.
- Twojego uśmiechu. – powiedział. Jej usta ułożyły się w słowa. Ułożyła dłoń na brzuchu i zaczęła płakać. Pamiętała wszystko co wtedy zaszło. Mężczyzna delikatnie otarł jej łzy.
- Chcesz ich krwi? – zapytał. Pokiwała głową. – Więc ją weź. A ja ci pomogę.
- Jak ci na imię?
- Morgoth.
- Ja jestem Rena.
Wszyscy myśleli, że jest martwa. Że ciało leżące w kostnicy należy do niej. Ona tym czasem jednak, kurowała się pod okiem demona. Chodziła jak zjawa pamiętając tamtą noc i z nadzieją, że ich krew przyniesie jej ukojenie. Demon bardzo jej pomógł, stał się oparciem w trudnych chwilach. Zaufała mu. Po korytarzach snuła się powtarzając w kółko te same zdania. To sprawiało jej chorą przyjemność.
- Andrew, Jackie, Krew, Śmierć, Zemsta. – mamrotała ciągle. Wyglądała jak zjawa. I w końcu nadszedł ten dzień. Morgoth ubrał ją w czarną, powłóczystą suknię z satyny i nałożył jej na głowę opaskę z obsydianem. Wyglądała jak czarna panna młoda. Czarnowłosy podał jej rękę.
- Chodź. I daj mi swój uśmiech. – powiedział, biorąc ją na ręce. Chwilę później byli już w parku, tym samym, gdzie stało się to. I to w tym samym miejscu. Na trawie nadal była krew. Rena powolnym krokiem wyszła na dróżkę. Szli. Obaj, weseli, śmiali się. Bezkarni. Spojrzała na nich z nienawiścią. Zatrzymali się, patrząc na nią z przerażeniem. Wyglądała jak duch, zjawa… Jak demon zemsty. Już chcieli uciekać, odwracali się. Jednak za nimi pojawił się Morgoth i zaciągnął tam, gdzie oni ją kiedyś. Jednemu wbił sztylet w rękę, przyszpilając do podłoża. Ten tylko zawył, ale nie odważył się wyrwać. Drugiego przytrzymał.
- Cz-Czego chcecie?! – wrzasnął trzymany.
- Zemsty. Waszej krwi za moją. I waszego życia. – zasyczała Rena. W jej srebrzystych oczach błysnął obłęd a w dłoni sztylet. Mężczyzna wrzasnął acz niewiele to dało. Dziewczyna miała kamienną twarz, tylko oczy zdradzały jej myśli. Zbliżyła sztylet do jego twarzy po czym zaczęła powoli wbijać mu go w oko. Wrzask. Próbował się wyrwać – na marne. Dziewczyna coraz mocniej wbijała sztylet, aż ten przestał się ruszać. Parsknęła tylko, spoglądając na drugiego. Zaczął piszczeć i wyrywać się. Nie bawiła się, wbiła mu sztylet w brzuch po samą rękojeść. Potem drugi raz, trzeci. Aż przestał się wić. Miała całe ręce we krwi. Odwróciła się w stronę demona z uśmiechem. Pięknym, niewinnym uśmiechem. Miała zamknięte oczy, więc nie widziała delikatnych rumieńców na białej twarzy. Kiedy je otworzyła była już w rezydencji, w jego objęciach. Spojrzała mu w oczy, były dziwnie hipnotyzujące. I nagle zachciała wpić się w nie. I mieć go całego tylko dla siebie na tę noc. I miała. W noc przyśpieszonych oddechów i ukojonego bólu. Zemsta, ich krew… to wszystko dało jej spokój. I on. Zasnęła.

Obudziły ją dzikie wrzaski, śmiechy i muzyka. Zdezorientowana otworzyła oczy – była na urodzinach koleżanki! Całą imprezę przesiedziała jak na szpilkach. Sen? Możliwe. Ale wracała przez ten sam park. I znów czuła czyjąś obecność. Oni znów za nią szli. Strach. Ale los przyszykował dla niej niespodziankę. A może… ktoś mu pomógł? Z cienia wyłonił się mężczyzna i objął ją w pasie. Nie protestowała.
- Morgoth?
- Ćśśś… - westchnął demon, siadając z nią na ławce. Mężczyźni przeszli obok, nawet ich nie zauważając. Rena była zdezorientowana.
- Co u się dzieje? – zapytała.
- To, co zrobiłaś, dało mi mocy by cofnąć czas. Kocham cię, idiotko. – stwierdził chłopak, tuląc ją do siebie. Zaniemówiła. Czyżby cuda się zdarzały?

Riwena - 13-07-2012 22:47:09

Ja bym to dała pod max. +16...
Po za akcją, która widocznie się gdzieś śpieszy, jest OK. A nawet dobrze, bardzo dobrze. Nie ma się czego czepiać, więc tylko tyle ci powiem xD

Cherish - 13-07-2012 22:50:52

=w= z tym "pseudo-straszne" to racja w sumie... albo ja się po prostu nie boję takich rzeczy xD
Riw ma racja, akcja się gdzieś spieszy xD no i... taki total hepi end z tym cofnięciem czasu... aaaach...
Zrób czasem bad end albo co xDDDD

Marqueree - 13-07-2012 22:54:03

Cherish napisał:

=w= z tym "pseudo-straszne" to racja w sumie... albo ja się po prostu nie boję takich rzeczy xD
Riw ma racja, akcja się gdzieś spieszy xD no i... taki total hepi end z tym cofnięciem czasu... aaaach...
Zrób czasem bad end albo co xDDDD

Nie umiem Cher, nie umiem.

Carolinee - 13-07-2012 23:53:56

No ładnie Ci wyszło, ładnie. :3
Mam jeszcze jedną uwagę, mianowicie:

Potem rugi raz, trzeci.

Literóweczka. Do niczego więcej nie mogę się uczepić. xD
A ten demon to mi tak przypominał Sebastiana... *gdy to czytała, w tle leciała druga seria Kuroshitsuji*

Khaazara - 14-07-2012 13:47:57

Nie jest źle... Nawet fajne, poza naiwnym końcem. Też nie lubię bad endów, ale czasami trzeba. Mogło się w sumie skończyć na tym, że zasnęła, wtedy nie byłoby ani happy endu ani bad endu. Ale tym się nie przejmuj, to tylko ja i moje zachcianki .__." A tak poza tym, to jest na prawdę... Solidne. Szału nie robi, ale tragedii też nie ma. Kawał dobrej roboty i tyle :3

TaiyoMuun - 29-07-2012 16:34:50

hunn... ja już hentaie piszę od 12 roku życia xd
W końcu wstawię tutaj wszystkie moje dzieła... *evil mode on*

Cherish - 29-07-2012 17:13:48

E, od 12tego... xD co tak późno?

TaiyoMuun - 29-07-2012 17:22:24

Cherish napisał:

E, od 12tego... xD co tak późno?

Zaczynałam wcześniej ale były słabe xd
a teraz zaczęłam pisać i rysować hard yaoi.

Marqueree - 30-07-2012 23:54:23

Cicho już! A teraz wielce oczekiwany yaoiec, PIERWSZY JAKI KIEDYKOLWIEK NAPISAŁAM. W Wordzie zajęło to (sam tekst) około czterech stron, więc jak ktoś powie, że krótkie, to łeb urwę. Pierwszy raz w życiu pisałam yaoica, więc może być nie taki górnolotny.

Nie łudzę się, że wszystko okej, więc jeśli wyłapiecie jakieś grzechy (przecineczek, literóweczka) bić na alarm, i to zaraz!

Jeśli odrzuca cię tematyka związków psychiczno-fizycznych między mężczyznami, spadaj!



Proszę Cię…
+18, yaoi, RavenxChung

Raven - Blizny na ciele, rana na sercu.
http://mangadrawing.net/users/imagecache/image_display/image/26727-elsword-raven-elsword.4fa2bb1672566e686289b9a2b046b284.jpg

♥ ♥ ♥



       Ten dzień powinien być zwykły jak każdy inny. Nie był. Wszystko od rana uświadamiało Ravenowi, że dziś świat postanowił stanąć przeciw niemu. Rano zepsuło mu się ramię i Eve przez bite dwie godziny musiała przy nim majstrować. Później albo darł koty z Aishą, albo nieustannie wkurzał go Elsword, a to i Rena chciała się całować. Czarnowłosy był zaspany i roznerwicowany. A było dopiero południe! I najgorsze było to, że nie wiedział czemu ma takiego pecha. Tylko jedna osoba postanowiła go dziś nie wnerwiać.

Chung.

      Dołączył do nich niedawno, znaleźli go i uratowali. Szybko okazało się to jedną z ich lepszych decyzji. Chung – wyglądający jak dziewczyna czternastolatek. Długie, blond włosy, wielkie niebieskie oczy i… ogromna siła. Chung, spokojny, miły i potrafiący przywalić. Raven nie wiedział czemu, ale osoba blondyna go przyciągała. Nie umiał tego nazwać. Być może nawet nie chciał. Po tym, co się stało dawno temu, czego wolał nie pamiętać, starał się zamknąć na wszelkie uczucia. I te złe.. i dobre. Co wcale nie znaczyło, że nie chciał mieć przyjaciół. Chciał. Po prostu nie umiał. Westchnął, rozmasowując skronie.

      Jeśli myślał, że nie może być nic gorszego od Elsworda na skłonnej do wybuchu w każdej sekundzie głowie, to się mylił. Niedługo po prowizorycznym obiedzie zaatakowali kryjówkę bandytów – Elsword wpadł w pułapkę, dziewczyny próbowały go wyciągnąć, musiał gonić ich sam. Cóż, prawie sam. Chung nadążał z ledwością, ale nadążał. Jednak za bandytami nie nadążył żaden. Wrócił jeszcze bardziej roznerwicowany i zaczął wydziwiać na Elsworda, jaki to on głupek i ciamajda, mierzwiąc przy okazji czarno – białe włosy. Wieczorem rozbili obóz w lesie.

      Ognisko płonęło, dając ciepło i skwarząc jedzenie, by było zdatne na wzięcie do ust. Wszystkie materace były porozstawiane jak kto chciał. Elsword przy ognisku już smacznie chrapał, Aisha obok Reny, nieco dalej od rudego. Eve pod drzewem, daleko od ognia w strachu, że coś sobie stopi, Raven w odległości bezpiecznej i Chung obok niego. Blisko. Bardzo blisko. Jednak na tyle daleko, by nie stykać się ramionami. Blondyn miał lekkie rumieńce, po chwili cicho kichnął. Czarnowłosy zdjął kurtkę ukazując bandaż na umięśnionym brzuchu i okrył nią chłopaka. Lekko przymulone, złote spojrzenie skrzyżowało się z zaskoczonym, kobaltowym wzrokiem. Chłopak szybko odwrócił głowę, rumieniąc się jeszcze bardziej.
- Dz… Dziękuję. – westchnął cicho słodkim głosem. Pomyśleć, że jest niebezpieczny!
- Nie ma za co, Chung. – odburknął równie cicho mężczyzna. Poczuł się niezręcznie, więc po prostu wstał i poszedł. A w lesie było zimno. Blondyn wstał. Spojrzał na swoje działko leżące koło koca i na oddalającą się sylwetkę Ravena. Poszedł powoli za nim, zostawiając je. W lesie było chłodno, ciemno i strasznie. Sylwetka mężczyzny, nie wiedzieć kiedy po prostu zniknęła mu z oczu. Gdzieś zahukała sowa, zawył wilk. Chung pisnął przerażony, klnąc w duchu niezabranie działka. Obóz zniknął mu z oczu, zaczął się bać.
- Nie boję się… - pisnął cicho. – Nie mogę się bać, nie mogę… Jestem… - nikt nie dowiedział się kim jest. Słysząc trzask łamanych gałęzi, krzyknął. A właściwie próbował – głos uwiązł mu w gardle, tylko otworzył usta i cofnął się, tuląc plecami w chropowatą korę drzewa. Poczuł rękę na ramieniu. Mocną rękę, dużą i boleśnie ściskającą. Oczy mu się zaszkliły. Obleśne, czarne, złe ślepia. Strach. Ten mężczyzna był dwa razy większy od niego i postawny. A raczej gruby. Ubrany w brudne, poszarpane łachy, zarośnięty, śmierdzący, paskudny.
- No proszę panieneczko, co tu robisz sama? – zaśmiał się nieprzyjemnym basem. Chung mógł się wyrwać, miał dość siły. I cóż z tego, jeśli strach całkowicie sparaliżował mu mięśnie? Warga mu zadrżała, po policzkach zaczęły płynąć łzy, kiedy mężczyzna chwycił go za szyję i uniósł. Bez trudu, jak lalkę. Zaczęło mu się robić ciemno przed oczami, nie powstrzymał łez. I nagle upadł. Po prostu. Kurtka Ravena zsunęła mu się z ramion, a on sam upadł na kolana. Zapłakany, przerażony, półprzytomny. Wrzask. Ktoś wrzasnął. Ten facet? Coś ciepłego zaczęło mu kapać na ręce. Ciepłe, lepkie, metaliczne. Krew?! Poderwał się do góry i pożałował, upadł zamroczony wprost w czyjeś ramiona. Grubas zagulgotał i wizgnął przez nos po czym ucichł. Chung nie chciał otwierać oczu. Bał się. Ale był pewien, że zna swojego wybawiciela. Nie kontaktując za bardzo wtulił się w tę osobę. Poczuł zapach czarnych porzeczek i róż, przyjemny, kojący. Wyciągnął rękę i wyczuł metal bezpośrednio łączący się z ciałem.
- R-Raven? – zapytał, otrząsając się z szoku. Poderwał głowę i spojrzał na swojego wybawiciela. Czarne włosy z białymi pasmami na czole, zamyślone, złote oczy, twarz naznaczona bliznami, krew na policzkach. Przysunął się i starł ciecz, przypominając sobie coś. Zaczął się powoli odwracać, ale nazo-ramię czarnowłosego szczelnie zakryło mu oczy. Na nim też była krew.
- Nie patrz tam. Proszę. – głos mężczyzny drżał. – Znowu to zrobiłem… Znowu zabiłem! Jestem potworem!
- Nie jesteś! Uratowałeś mnie! – Zaprzeczył szybko blondyn. – Gdyby nie ty… wolę nawet nie myśleć! – pisnął, wtulając się na powrót w mężczyznę. Zapach porzeczek i róż zakręcił mu w głowie.
- Chodźmy stąd. – Chung tylko kiwnął głową, pozwalając się podnieść. Posłusznie stał, kiedy Raven nakrył mu na powrót ramiona płaszczem i posłusznie dał się zaprowadzić gdzieś, gdzie nie ma zwłok. Zmasakrowanych. Raven wziął go na ręce i zaczął biec. Nie chciał. Chung widział, że nie chciał tego zrobić. Ale zrobił. Blondyn wtulił się w niego, ciągnąc dziwnie przyjemne połączenia zapachu. Nie czuł krwi. A może po prostu nie chciał? Chciał tylko… być przy Ravenie? Nie umiał nazwać tego uczucia, po części nawet się go bał, szczególnie, że kiedy mężczyzna go uratował… nasiliło się. Wtulił się w niego i zaczął płakać. Z powodu swojej bezsilności, delikatności, bezradności bez broni. Gorące łzy leciały mu po policzkach, ściskając gardło. Niosący go zatrzymał się i usadził chłopaka na ziemi pod drzewem, klękając przy nim.
- Chung, co się stało? – zapytał, z troską spoglądając na blondyna. Ten tylko pokręcił głową i wtulił się w niego, po czym rozbeczał się na całego. Raven zdziwiony tylko otoczył go nazo-ramieniem, uważając na pazury.
- Ćśśś… - zaczął cicho. Blondyn zadrżał pod przyjemnym brzmieniem głosu. – Nie płacz, już dobrze. – Mężczyzna zaczął delikatnie gładzić go po głowie wolną ręką. Miał zadbane, miękkie włosy. Raven wsadził w nie nos, ciągnąc mocny zapach mięty i rumianku. Taki odświeżający. Przestawał nad sobą panować, przez niego. Przyciągnął go mocniej do siebie, sadzając na kolanach. Blondyn pisnął zaskoczony, ale nie protestował. Patrzył tylko na czarnowłosego. Zdziwiony, czerwony na twarzy z półotwartymi ustami. Wyglądał słodko, ale i Raven poczuł ciepło na policzkach. Ta sytuacja zrobiła się niezręczna, z jego winy. I nagle Chung zrobił coś, czego czarnowłosy się nie spodziewał. Delikatnie złapał go za ramiona, przybliżył się i pocałował. Raven nie myśląc wiele objął go, oddając pocałunek. Usta blondyna były słodkie. Czarnowłosy strącił płaszcz z jego ramion, układając chłopaka wygodniej na swoich kolanach. Powoli zaczął się mocować z górą jego stroju. Wiedział, czego chce. On też. Chung rozpiął bluzkę, pomagając ją zdjąć. Raven aż gwizdnął, widząc umięśniony brzuch chłopaka. Pocałował go znowu, tym razem mocniej, zachłanniej. Odrzucił obawy, pierwszy raz od bardzo dawna mógł poczuć ciepło drugiej osoby. Blondyn nachylił się i wtulił w niego.
- Raven… Ja... Ja chcę. Proszę. – wymamrotał cicho, cały czerwony. Drżenia jednak nie powstrzymał. Było mu zimno.
- Cicho, najpierw się ogrzejmy. – zamruczał czarnowłosy kładąc go na płaszcz. Sam prawie położył się na nim. Ciepło bijące od chłopaka było takie przyjemne… Położył się na nim, całując w usta. Chłopak zamruczał, obejmując go. Raven zsunął się, zdejmując chłopakowi spodnie, swoje też odrzucił. Znów przylgnął do blondyna, całując go po szyi i obojczykach. Po chwili zaczął schodzić niżej. Trochę dłużej zatrzymał się przy sutku. Chung oddychał szybko, pojękując co chwila. Raven jechał dalej, zostawiając ślad śliny na mostku i brzuchu, dotarł do linii bokserek. Blondyn pisnął cicho, ale nie zaprotestował, gdy została zdjęta ostatnia część jego garderoby. Syknął, kiedy przez przypadek Raven zahaczył szponem o delikatną skórę.
- Przepraszam! – wyszeptał cicho pół-nazoid.
- Nie… Nic się nie stało. – Wymamrotał niebieskooki, siadając i tuląc się do niego. – Możesz… Kontynuować? – dodał po chwili, wtulając się mocniej. Zdrowa ręka Ravena powędrowała w dół, zaciskając się na członku młodszego. Jęknął głośno, wciągając szybko powietrze. To było takie… nowe. Raven poruszał dłonią po całej jego długości, blondyn drżał z ekstazy. Nigdy nie czuł czegoś takiego, takiej bliskości. Pojękiwał coraz głośniej a z oczu lały się łzy przyjemności. Krzyknął, dochodząc.
- Chcesz więcej? – wymruczał Raven. Dość wyraźne ‘tak’ wśród głośnych oddechów przełamało barierę. Zdjął szybko swoje bokserki i poślinił palce. Klęknął, sadzając chłopaka przodem do siebie na kolanach i włożył w niego jeden palec, po chwili drugi. Chung krzyknął głucho, obejmując go mocno. Raven zaczął poruszać palcami by jakoś przygotować chłopaka, ale to uczucie było dziwne. Kiedy przestało boleć i blondyn zaczął sapać, czarnowłosy dołożył jeszcze jeden palec, wywołując cichy pisk bólu. Po chwili jednak i on ucichł, posłusznie ustępując jękom. Raven znów wpił się w jego słodkie usta, delektując się cichym pomrukiem. Nie mógł jednak robić tego długo – przyjemność i jemu dała się we znaki, stawiając do pionu pewną część ciała.
- Ostateczne słowo. – wysapał, kiedy Chung znaczył jego szyję malinkami. Ostateczne słowo nie padło. Padły czyny. Blondyn przysunął swój tors do jego, nabijając się lekko na członka czarnowłosego dając do zrozumienia, że jego słowo brzmi tak samo, jak przed chwilą. Raven złapał go pewnie za pośladki pilnując, by nie opadał zbyt szybko. Niebieskooki zacisnął usta w wąską linię a spod powiek zaczęły sączyć się łzy. Bolało. Jednakże ból ten był znośny. Złotooki dał mu czas na odetchnięcie i przyzwyczajenie się. Blondyn zarzucił mu ręce na szyję, powstrzymując kolejne łzy wpił mu się w usta i zaczął poruszać. Najpierw powoli i boleśnie, po dłuższej chwili zaczęło się robić dobrze. I właśnie wtedy Raven położył go znowu na płaszcz, przyciskając do siebie. Zaczął się ruszać, najpierw powoli, stopniowo przyśpieszając, aż za każdym ruchem po lesie nie zaczęły się roznosić głośne jęki, kiedy trafiał w prostatę. Kilka długich chwil niesamowitej przyjemności, jęk. Biała ciecz wewnątrz Chunga oraz na brzuchu Ravena, przyśpieszony oddech, zamglony od przyjemności wzrok.

      Raven leżał. Po prostu leżał, tuląc Chunga do siebie. Poczuł się jak skończony idiota. Potwór… pedofil. Co go napadło?

      Co go, do cholery, napadło?!

      Wstał. Chciał uciec. Ale nie mógł. Na jego nazo-ramieniu zacisnęła się mocno ręka blondyna. On miał siłę. Spotkały się dwa spojrzenia, zdziwione złote i proszące kobaltowe.
- Nie idź… - pisnął cicho Chung, wyginając usta w podkówkę i patrząc na niego szklistymi oczyma. Raven zamarł.
- Ale… Ja cię… ! – czarnowłosy nie umiał się wysłowić.
- Zgwałciłeś? Nie. – wymamrotał chłopak. – Więc proszę, zostań! – krzyknął ze łzami w oczach. Ravenowi zrobiło się go żal. Wrócił. Usiadł i przytulił chłopaka, kołysząc go uspokajająco.

       Kiedy wrócili nad ranem do obozu, zostali zalani gradem pytań. Na żadne nie odpowiedzieli. Od tamtej pory prawie co noc wymykali się do lasu, a w gospodzie zawsze brali osobny pokój.

      Nigdy nie wyznali sobie uczuć słownie.

      Słowa kłamią, ranią. Nie są szczere. Oczy i gesty zawsze mówią, co czujemy. Oni to wiedzieli.


Żyli bez słów, lecz świadomi swych uczuć.
Bo czy miłość potrzebuje słów?


♥ ♥ ♥

Chung - Twarda zbroja, miękkie serce.
http://fc01.deviantart.net/fs70/f/2012/040/6/e/ip_by_lkk20273-d4p4zoa.png

Cherish - 31-07-2012 00:04:12

Kurna. Chyba jestem zazdrosny. Że niby ty nie umiesz pisać? >< TY PISZESZ GENIALNIE. Nie widać, że to Twoje pierwsze yaoi, serio xD Normalnie tak, jakbyś pisała to już parę razy. Mwahhahaha... kiedy więęęęcej? *-*

Khaazara - 31-07-2012 00:15:48

Faktycznie poszło ci bardzo dobrze :)
Tylko: ,,Blondyn wtulił się w niego, ciągną dziwnie przyjemne połączenia zapachu." Nie wiem, co miało być w miejsce ,,ciągną" ale raczej nie to, co jest. Oraz: ,,Niosący go zatrzymał się i usadził chłopaka na ziemię pod drzewo, klękając przy nim." Na ziemię, a nie na ziemi? Nie wiem, czy to błąd, czy moje schizy? o.O
Poza tym,w  pewnym momencie trochę za dużo było mi słowa ,,chłopak" i zastanawiam się... W jednej chwili jest mu zimno, a w drugiej jego ciało jest ciepłe? Trochę to dziwne dla mnie. Ale to moje osobiste dziwactwa, nie przejmuj się, jeśli nie mam racji ^^""
Ogólnie, bardzo porządnie napisane, naprawdę :3

Carolinee - 31-07-2012 00:29:59

Po pierwsze:

Słysząc trzask łamanych gałęzi, krzyknął.

Zjadłaś przecinek.

Nie kontaktując za bardzo wtulił się w tą osobę.

Jakie tą? Tę!

Poderwał głowę i spojrzał a swojego wybawiciela.

Literówka.

(...) posłusznie dał się zaprowadzić gdzieś, gdzie nie m zwłok.

Blondyn wtulił się w niego, ciągną dziwnie przyjemne połączenia zapachu.

Gorące łzy leciały mu po policzkach, ściskając gardło.

(...)zapytał, z troską spoglądając na blondyna.

Chung rozpiął bluzką, pomagając ją zdjąć.

Błagam... Dostałabyś w głowę za taką ilość błędów. Więcej nie będę wypisywać, bo na telefonie zajełoby mi to godzinę.

Jest nieźle, jak na pierwsze yaoi. Mnie się podobało i na pewno chciałabym ujrzeć więcej yaoi Twojego autorstwa.

Risu - 31-07-2012 14:39:06

Kazanie z litanią błędów dostałaś już na gg, więc czepiać się tutaj nie będę. Całkiem zgrabnie napisany yaoiec, bez większych zgrzytów logicznych. Moar~

Marqueree - 01-08-2012 08:59:59

Hun, hun. Dziękuju za wytknięcie błędów, zostały już poprawione. Ale cy to aby na pewno... wszystkie? Hmmm?

TaiyoMuun - 01-08-2012 09:08:38

Przez twoje opko roz****łam głowę o kant stoła... O.o
Chcę tego więcej!!

Carolinee - 01-08-2012 12:32:56

Marqueree napisał:

Hun, hun. Dziękuju za wytknięcie błędów, zostały już poprawione. Ale cy to aby na pewno... wszystkie? Hmmm?

Em, kotku, nie jestem pewna czy to wszystkie... Jak znajdę czas i dorwę się do laptopa to na pewno się tym zajmę.

Wincenty - 01-08-2012 17:01:16

"Po tym co się stało dawno temu, czego" - przecinek przed "co", cna niewiasto;
"Elsword przy ognisku, już smacznie chrapał" - a tutaj nie powinno szto byćże tegóż przecineczka;
"mu się z ramion a on sam upadł na kolana" - postawże przecinek przed "a";

Cóże prawda, nie wiem, z jakiej szto gry, jednakowoż mnie się podobało. (Ten... Ten Raven taki silny, taki przystojny!) Ogólnie, ten Chung wydał mnie się z lekka zbytnio przesłodzony, jednakowoż dobrze pisujesz, masz dobry styl, a jake na twe pierwe yaoi, to naprawdę jest godne podziwu. ^^

Marqueree - 15-08-2012 18:01:53

Krytyka mile widziana :D

Jakby mała zmiana planów. A właściwie lat. Nie chcę wyjść na pedofila, poza tym po zmianie klas niektórzy wyglądają doroślej. Tak więc Elsword ma szesnaście lat, Chung też. Aisha i Flu* po siedemnaście, Raven zostaje przy swojej dwudziestce czwórce.
Smacznego paszteta! *daje chleb*

*Flu - moje OC z Elsworda XD

Ślub
(+18, yaoi, RavenxChung)



      Walka nie była łatwa, szczególnie, że trwała kilka godzin bez przerwy. Elsword już dawno stracił zapał, potwory ubijał od niechcenia, magia Aishy była z każdym zaklęciem coraz słabsza, Rena ledwo stała, Eve nie miała już siły prawić morałów co fala, Chung ledwo dźwigał działko, a i Ravenowi nazo-ramię zaczynało ciążyć. Flu westchnęła. I ją ta walka nużyła. Była zmęczona, nie miała już siły na widowiskowe wykopy, a i bomby się kończyły. Odgarnęła rudawe włosy ze spoconego czoła i spojrzała na resztę ospałymi, kobaltowymi oczami. Elsword jęknął, upadając na kolana. Na odsłoniętym brzuchu zaczerwienione miejsce zaczynało przeradzać się w pokaźnego sińca. Cud się stanie jeśli przetrzymają następne dwie fale. Nie było czasu się nawet napić! Raven otarł strużkę krwi z nosa. Ucierpiał mocno, ledwo stał. W końcu to on walczył w zwarciu.
       - Jeny, możemy się zbierać? – zajęczała głośno Flu. Skoro ona chciała opuścić pole walki to faktycznie było źle. BARDZO źle.
- Wytrzymamy! – krzyknął Elsword kręcąc głową, w wyniku czego kilka osobnych warkoczyków smagnęło go po policzkach. Ale nawet w jego głosie była niepewność.
- Nie wytrzymamy! Nie dociera to do ciebie kretynie? – spróbowała wrzasnąć Aisha. Niestety, tylko powiedziała. I wtedy nagle otworzyły się główne wrota. Wszyscy zamarli. W ich kierunku szło parę sporych nazoidów z… czymś na czele. Coś było chyba płci żeńskiej. Miało na sobie gorset, miniówkę, potargane rajstopy i szpilki w kolorze magnety, było postury anorektycznej. Twarz miało niby jajo i wielkie, sterczące uszy. Posiadało czarne brwi oraz różowe, zaopatrzone w zielone rzęsy i potraktowane fioletowym cieniem oczy tak, jak i w kolorze oczu paski pod nimi. Coś miało malutki nos i ogromne usta, oczywiście przejechane różową szminką. Na łbie miało afro w kolorze oczu.

     WSZYSTKO było RÓŻOWE!

     Odruch wymiotny został powstrzymany cudem. Coś spojrzało na nich znudzone i odezwało się.
- Och, co my tu mamy? Następni na śmierć? - Flu pozieleniała, inni zresztą też. – Jeśli jesteście ciekawi, to ja jestem córką Lorda Robo. – Odparło znowu coś.
- Yyyy… Sorka, ale nie rozumiemy twojego języka! – wrzasnął Elsword. Coś spojrzało na niego wielkimi oczami, było wyraźnie zdziwione.
- Uhm, El, to jest język pokemonów. Mówił… a? Mówiła coś o naszej śmierci i o tym, że jest córką Robo. Chyba. – powiedział Chung. Niektórzy aż gwizdnęli z podziwem.
- Kyaaaaaaaaaaa! – podziw nie trwał długo, przerwany przez dziki pisk. Pokemon rzucił się na Ravena, przyklejając do niego. To musiał być prawdziwy szok. I to dosłownie. – Ty zostaniesz moim mężem, resztę do lochu! – Kiedy równie blady co Raven Chung to przełożył i reszta pobielała. Czarnowłosy zaczął się drzeć i wyrywać, niewiele to dało, nikt nie miał już siły. Prowadzony przez dwa wielkie roboty patrzył jak reszta jest usypiana gazem i niesiona jak bagaż. To coś chciało za niego wyjść. I to bodajże już jutro. Nawet w najgorszych koszmarach się tego nie spodziewał.

       Do Flu powoli docierały realia świata. Zamruczała niemrawo kręcąc głową. Jej nos po gazie usypiającym jeszcze lekko szwankował i ogólnie była otumaniona. Stan ten na szczęście nie trwał długo. Reszta też do siebie dochodziła.
- Kurwa mać. – Stwierdził Elsword, ogarniając wreszcie gdzie są. A byli w zawilgoconym lochu. – Niech no ja tylko ich… Ała! – nie dokończył, wydając z siebie pisk bólu. Siniak już się ukształtował i dawał boleśnie o sobie znać.
- Będziesz miał okazję, kretynie. – odparła sucho Eve. Wszyscy na nią spojrzeli. – No co? Wrzuciła nas do lochu razem z naszą bronią. – mruknęła. Faktycznie, każdy siedział przy swoich gratach.
- Wow, ktoś tu jest głupszy niż myślałam! – zaśmiała się Flu licząc ile to bomb jej zostało. – Dwanaście zwykłych, trzy mocne, dwa pająki, wąż i jedna C5… Wystarczy na rozpierdolenie całego zamku. –rzuciła beztrosko. Nagle do lochu wkroczył strażnik. Bez ceregieli otworzył drzwi i rzucił im jedzenie. I to nie byle jakie! Świeże dwa chleby, mięso i herbata!
- Uhm, przepraszam, kiedy ślub? – Zapytał wychodzącego Chung. Robot stanął i odwrócił się.
- Dziś po południu. – odparł i wyszedł. Chung pobladł nieznacznie. Flu powoli przysunęła się do blondyna, trącając go łokciem, by zwrócił na nią uwagę.
- Nie martw się, odbijemy go! – powiedziała zaczynając jeść. Chłopak tylko zarumienił się mocno. Nie odpowiedział nic, ale jego myśli były jasne. Flu, jako zapalona yaoistka starała się ich swatać na każdym kroku. Obaj czuli do siebie miętę i obaj byli mięczaki jeśli chodzi o sprawy sercowe. A skoro już zaszła tak daleko to miała niby pozwolić, by jakiś pasztet zniweczył jej plany?! Mowy nie ma! Ale idiotka to idiotka, wszyscy byli wdzięczni jej głupocie. Zostawiła im broń, pozwoliła odpocząć i nakarmiła. Może ją za to zostawią przy życiu? Nie, po prostu bezboleśnie zabiją. Tak, to jest dobre wyjście. Niepokojące były jednak wrzaski dobiegające z wieży, bezsprzecznie należące do Ravena…


             Raven starał się jak mógł uciekać, ale okręcony wokół jego rąk łańcuch skutecznie to uniemożliwiał, a dwojgu nazoidów zdecydowanie ułatwiał zadanie przebrania go w… różowy garnitur. Ogółem, WSZYSTKO wewnątrz było różowe. Nawet szyby i kamień! Cudem powstrzymywał odruch wymiotny, co łatwe nie było. Miał tylko nadzieję, że reszcie za wiele się nie stało. Na dłuższą walkę nie miał już siły i wtedy do komnaty weszło… to coś! W afro miało powpinane wstążki i było wytapetowane bardziej niż wtedy! Na sobie miało znowu gorset, ale tym razem do kompletu dodana została spódnica do kolan. A właściwie garść falban do kolan. Owe coś miało na sobie też rękawiczki i kozaki na wysokim obcasie. Było jeszcze paskudniejsze niż wcześniej!
- Och, kochanie! Cieszysz się? Oczywiście, że się cieszysz! Kto by się nie cieszył? Jestem taka piękna, mądra, cudowna i w ogóle! – zaświergotało.
- Łee! – Wrzasnął mężczyzna odskakując na tyle, na ile pozwalał mu łańcuch.
- Nie kochasz mnie? Jak można nie kochać tak cudownej istoty jak ja?  – Odparło znowu stworzenie. Raven nie miał zamiaru wcale ukrywać, że nie rozumie tego języka. Stworzenie znów na niego spojrzało po czym… uciekło z wrzaskiem. Odetchnął z wyraźną ulgą ale następny robot zaczął mu wiązać krawat i spieprzanie zaczęło się od nowa. Owocem tego było umeblowanie komnaty w kawałkach, strzępach i drzazgach.
     Flu majstrowała przy swoich bombach a Chung robił przegląd działka. Reszta się nudziła i martwiła zarazem. Nie wiadomo było ile czasu im zostało. Elsword parsknął.
- Te, przeca nie możemy go tak zostawić! – krzyknął. Flu nagle uśmiechnęła się jak diabeł, a w jej oczach pojawił się ogień.
- A kto powiedział, że go zostawimy? – zapytała, widocznie podniecona nadchodzącą rozpierdówą. Rena westchnęła kręcąc kłową a Aisha zaśmiała się psychicznie. Eve siedziała.

   Raven wrzeszczał, kopał, gryzł i drapał, ale i to niewiele dało. Nawet nie zagłuszyło pisków pokemona! Dopiero kiedy zaczął na nią kląć i pluć został zauważony. Ale w negatywnym znaczeniu. Został zakuty w łańcuch i zakneblowany, a za nim postawiono robota, który mówił takim samym głosem co on. O zgrozo! Pokemon poleciał na koniec i kiedy zaczął grać marsz weselny, powolnym, kaczym chodem zbliżył się do mężczyzny.
  ~ Błagam, zrobię wszystko, tylko niech mnie ktoś uratuje albo chociaż zabije! ~ darł się w myślach.
I wtedy nastąpił głośny huk. Północna część zamku, a więc więzienie, dosłownie wyleciało w powietrze.
- Idźcie zobaczyć co się dzieje! – krzyknął pokemon do kilku strażników. Kiedy poszli, zwróciło się do ‘księdza’ - Kontynuować – Raven zbladł. Znów.
     W powietrze wyleciały wielkie, dębowe, okute w metal drzwi przy okazji zmiatając większość straży. Za nimi stali nie kto inny jak Elsword i paczka! Czarnowłosy odetchnął z prawdziwą ulgą. Czerwonowłosy z dzikim wrzaskiem rzucił się na roboty, reszta poszła za nim. Walka nie trwała długo, mechów było mało, oni byli wypoczęci. Maszyny padały jak muchy pod różnej maści kopniakami, cięciami i uderzeniami. ‘Ksiądz’ wrzasnął i po prostu… wybuchł! Niedoszła panna młoda wydała z siebie dziki, niesamowicie cienki pisk i… rzuciła się do ucieczki. Nie uciekła daleko. Raven, kiedy już wyswobodził się z łańcuchów z dzikim okrzykiem popędził za nią, złapał za włosy i jebnął o podłogę. Złapał mocniej i uderzył znowu, potem kolejny raz i jeszcze jeden. Dało się słyszeć jakby metaliczny dźwięk. Uderzył kolejny raz, ostatni, rozłupując pannie młodej głowę. W górę poleciało kilka sprężyn i śrubek – pokemon był robotem! Wściekły Raven i zdezorientowana reszta patrzyli się głupio na dym wydobywający się z metalowego łba. Czarnowłosy dyszał ciężko a gdy już się uspokoił… po prostu zerwał z siebie różową marynarkę ukazując zebranym naznaczoną bliznami ale i umięśniona klatkę piersiową. Spodnie były czarne, mogły zostać ku niepocieszeniu dziewczyn. Chung odwrócił się, cały czerwony. Na szczęście, nikt nie zauważył.
- A może byśmy tak tu zostali na trochę? – zaproponowała Rena. Widać, przepych jej się podobał.
- Mowy nie ma. Wszystko jest różowe. – parsknął Raven. Widać łażenie półnago niewiele mu przeszkadzało.
- Nie wszystko. I świetny pomysł Renia! – zaśmiała się Flu i ruszyła przodem. Miała plan. Dobry plan.
      Jak się na szczęście okazało, tylko wieża w której Raven był przetrzymywany była na różowo. Reszta zamku która nie uległa większemu zniszczeniu miała monotonne, szare barwy. Pół-nazoid z ulgą przyjął chodzenie w swoich ubraniach i biednym dziewczynom zostało to, czego nie zasłaniała kurtka. Chung zdecydowanie trzymał się z dala. Flu westchnęła ciężko i podeszła do długowłosego.
- Co ci? – zapytała, siadając na murze obok strażnika. Ten tylko podciągnął kolana bod brodę i ukrył twarz za grzywką. Ruda przysunęła się i położyła mu dłoń na ramieniu.
- Ja wiem co myślisz blondi. Bo ja do tego dążę. – zaśmiała się. Chung oderwał się gwałtownie i przez chwilę wpatrywał się w nią zdziwiony z otwartymi ustami po czym znów oparł czoło o kolana i zaczął mamrotać przeróżne, głupie słowa. Flu zaśmiała się, przybliżyła i zaczęła szeptać. A on z każdym słowem robił się coraz bardziej czerwony.
      Raven wyszedł spod prysznica zadowolony i odprężony po ciężkim dniu. Kropelki wody spływały leniwie po jego ciele kapiąc z włosów. Jedynym w chwili obecnej jego odzieniem był ręcznik na biodrach. W takiej właśnie sytuacji zastał go wepchnięty do pokoju przez Flu blondyn.
- Powodzenia. – rzuciła ruda z uśmiechem i bez wyjaśnień zniknęła. Sytuacja niezręczna, bardzo. Chung zarumienił się mocno i spuścił głowę, miętosząc skrawek pseudo spódniczki wystającej spod zbroi.
- Etto… ja chciałem tylko… - Nikt nie dowiedział się co chciał bo wymamrotał to cicho i niewyraźnie. W kącikach jego oczu zaszkliły się łzy, co robić?
- Co ci Flu nagadała? – zapytał Raven znudzonym tonem. A raczej starał się udawać znudzony ton. Kto ci ta wie, czy nie wygadała blondynowi to, co on kiedyś jej? O jego marzeniach, jak niebieskooki nań działa? Jakim afrodyzjakiem jest? Że nie może się z nimi wspólnie kąpać? Cholera jasna.
- Wszystko. – wymamrotał Chung. Złotooki zamarł. – A najgorsze jest to, że czuję praktycznie to samo. – Serce Ravena zaczęło bić niesamowicie szybko, równie szybko na jego policzki wstąpiła paląca czerwień. Parsknął.
- Nie wiem co ci dała do jedzenia, i nie chcę wiedzieć! – krzyknął i… zwiał do łazienki zostawiając za sobą szczęk klucza w zamku.
      Rudowłosa machała wesoło nogami w stronę fosy, gadając zawzięcie.
- Pamiętaj, on zacznie głupoty gadać i robić. Będzie się wypierał, wykręcał, uciekał. – zaczęła machać palcem wskazującym. – Haczyk w tym, że nie wolno ci odpuścić. Ja, jak chciałam namalować jego portret nie odpuściłam i mam. Półnago mi pozował! – zaśmiała się. Chung spuścił głowę.

      Niebieskooki wziął głęboki wdech i podszedł do drzwi.
- Haloo? – zapytał, słysząc szum wody. Stłumiony głos Ravena kazał mu sobie iść ale chłopak, pamiętny słów Flu po prostu… wyjął drzwi z zawiasów. A właściwie, wywalił drzwi z zawiasów.
      Czarnowłosy zanurzył się w ciepłej wodzie razem z ręcznikiem. Wanna była dość spora, skulił się, nie zakręcając wody. Zza drzwi dobiegł stłumiony głos blondyna.
- Idź sobie! – krzyknął, czerwieniąc się znowu. Chung nie poszedł jednak. Po prostu wywalił drzwi i wparował do łazienki.
- Nie pójdę! – krzyknął wściekle długowłosy, szybko idąc w stronę wanny. Wyglądał dość strasznie z tą wściekłą miną. Złotooki wciągnął gwałtownie powietrze. Czy ze strachu, czy z czegoś innego… nie wiadomo.
- Chung, spokojnie… - zaczął cicho. Nie skończył zdziwiony zachowaniem młodszego. Bo ten po prostu… wlazł mu do wanny. Raven, teraz już czerwony nie tylko na twarzy, spróbował go wypchnąć. Bezskutecznie – młodszy był od niego silniejszy. Po prostu złapał go za nadgarstki i… wpił się w jego usta. Raven jęknął zdziwiony i przestał się szarpać, pocałunku jednak nie odwzajemnił. Po postu siedział tak, cały czerwony i bierny. Oprzytomniał dopiero, kiedy blondyn oderwał się od niego i przyssał do szyi. Chciał go spróbować zepchnąć po raz kolejny ale wiedział, że nie da rady. A może nawet nie chciał? Podświadome był pewien, że właśnie spełnia się jeden z jego snów. Westchnął ciężko, ostatecznie się poddając. Przestał walczyć i ku uciesze blondyna, zaczął współpracować, powoli pozbawiając Chunga zbroi. Niebieskooki warknął i zakręcił wodę, po czym poruszył się tak, że spora część wylądowała na podłodze wyłożonej biało – niebieskimi kafelkami. Dziwnym trafem, wraz z ręcznikiem. Chwilę później dołączyła do niego górna część zbroi Chunga. Raven musiał przyznać – chłopak był bardzo miłej dla oka budowy. Niby delikatna, dziewczęca a jednak spod skóry rysowały się dość wyraźnie mięśnie na brzuchu oraz ramionach. Skórę miał bladą, prawie białą i widocznie delikatną. A może to tylko pozory? Raven by sprawdzić przybliżył się i delikatnie ugryzł go w ramię co spotkało się z niekontrolowanym, głośnym jękiem. Niekoniecznie delikatna, ale bardzo czuła. Złotooki przyssał się, zostawiając na ramieniu szesnastolatka malinkę. Blondyn zamruczał mu do ucha i po chwili zaczął składać pocałunki na jego bliznach. Dostał się nawet do tych na plechach. Po chwili i dolne płaty zbroi wylądowały na ręczniku, chłopak został w samych, mokrych bokserkach. W sumie to wody było prawie do połowy wanny a z nimi dwoma wiadomo, poziom się podnosił. Raven od dłuższego czasu męczył się z podnieceniem próbującym usilnie postawić go do pionu. Chung uśmiechnął się i zaczął po nim jeździć, niemal doprowadzając do szału. A do westchnień i jęków na pewno. Czuł, że robi mu się coraz bardziej gorąco tam nisko szczególnie, że woda nie była całkiem ciepła. W sumie, Chungowi bokserki też zaczynały się wydawać ciasne, więc sprawnie się ich pozbył. Raven westchnął, wkręcił się już całkiem. Uniósł blondyna ponad linię wody i usadził na brzegu wanny, po czym delikatnie polizał czubek jego członka co zostało skomentowane głębokim westchnięciem. Uśmiechnął się i powtórzył czynność jeszcze kilka razy po czym wziął główkę do ust i zaczął ssać. Chung jęknął, wyginając się w łuk a przed upadkiem uchroniły go ręce Ravena oplatające w pasie. Blondynowi co raz ciężej było złapać oddech, obraz zaczął mu się zamazywać. Czarnowłosy włożył mu dwa palce do ust, które zaczął posłusznie ssać. Starszy w tym czasie zaczął miarowo poruszać głową, liżąc i ssąc członka niebieskookiego. Wyjął palce z ust Chunga i powoli skierował w dół, rozchylił jego pośladki i powoli włożył w niego pierwszy palec. Niebieskooki prawie zachłysnął się powietrzem czując, jak wdziera się w niego coś obcego. Nawet jednak dyskomfort nie zagłuszył przyjemności którą dawał mu czarnowłosy. Jęknął głośno, dochodząc wprost w jego usta i spuścił głowę zażenowany. Raven ściągnął go z krawędzi i usadził na swoich kolanach całując i tym samym – dzieląc się resztą nasienia, po czym wrócił do rozciągania go. Dołożył drugi palec i zaczął nimi powoli poruszać wywołując ciche popiskiwanie. To trochę bolało i było mało komfortowe, ale niosło za sobą dziwną przyjemność. Jednak po chwili palce zostały wyjęte. I to wtedy, kiedy zaczęły sprawiać przyjemność. Chung tylko zarzucił ręce Ravenowi na szyję i wpił się w jego usta, posłusznie dając się unieść. Kiedy coś większego niż palce zaczęło wdzierać się w jego delikatne, ciepłe wnętrze nie mógł powstrzymać ani łez, ani pisków bólu wprost w usta kochanka. W rozpaczy wtulił się w niego mocniej a ten zaczął delikatnie gładzić go po długich, złotych włosach. Kiedy wreszcie zetknęli się biodrami, młodszy oderwał się od niego i jęknął boleśnie, wyginając w łuk. Siedział tak dłuższy czas z zamkniętymi oczyma, co chwila delikatnie unosząc się i opadając aż względnie przestało boleć. Zaczął powoli i głęboko oddychać pozwalając Ravenowi unosić się i opuszczać. Z cichym jękiem przykleił się do jego torsy, samego czarnowłosego wpychając na ścianę wanny. Na powierzchni wody unosiła się krew. Troszeczkę, ale jednak. Złotooki czuł na sobie niesamowicie ciasne i ciepłe wnętrze młodszego co doprowadzało go do szaleństwa. Wzdychał raz po raz, tracąc kontrolę nad sobą. Kiedy przestało boleć Chung zaczął sam podnosić się i opadać, z początki cicho pojękiwał ale z każdym ruchem robił to co raz głośniej i szybciej. To było niesamowite, ból ustąpił całkowicie, została jedynie ta chora wręcz przyjemność. Szesnastolatek doszedł po raz drugi, wykonał jednak ostatkiem sił jeszcze kilka ruchów, które pomogły Ravenowi wytrysnąć w nim. Opadł na niego ciężko dysząc. Dopiero wtedy zorientował się, że kochanek wpatruje się przerażony w dziurę po drzwiach. Również tam spojrzał i zamarł.
- Miałam rację, yaoi na żywo jest najlepsze. – powiedziała Flu sama do siebie, zaśmiała się i uciekła, zostawiając zdezorientowaną dwójkę. Kiedy wyszli już doprowadzeni do porządku na dziedziniec, spodziewając się niewiadomo czego tylko ruda dziwnie na nich patrzyła. Tak dziwnie zadowolona…
      W kilka dni później kiedy wszyscy spali a Flu wybyła do lasu, Raven podkradł jej notesik. To co tam zobaczył przeszło jego oczekiwania. Pierwszy rysunek przedstawiał jego i Chunga w niewybrednej sytuacji. W prawym dolnym rogu kartki był koślawy kwadrat a w nim zielony haczyk. Z czarnymi myślami odwrócił stronę i o mało nie przeżył zawału. Tym razem rysunek przedstawiał Renę i Aishę w równie zboczonej pozycji. Koślawy kwadracik w rogu był jednak nieruszony. Następny raz kartkę przewrócił już Chung. I to był szczyt. Rysunek przedstawiał leżącą na plecach Flu i Elsworda bez spodni stykającego się z nią biodrami, oboje czerwoni. To było jednoznaczne, jednak i ten kwadracik był koślawy i pusty. Blondyn westchnął ciężko, czyli ona to planowała, tak? Od jak dawna? Dla niepoznaki szybko odłożyli notesik i wrócili na swoje miejsce. Flu należało się bać. I to bardzo.



Kto ci ta wie czy nie napiszę ElswordxFlu... Jeśli tak, to będzie to swoistą kontynuacją.

Scyzor - 15-08-2012 18:47:34

Szok wtrząsa moim ciałem... Lekki rumieniec wstąpił na me policzki
Ja przeczytałam zajebistego yaoica!! o.o
Początek wyszedł jako tako, ale końcówa jest nie do pobicia. Szczególnie części z notatnikiem. Chcę zobaczyć yuri Aisha x Rena! A co z... Eve...?

Cherish - 15-08-2012 19:10:31

Eve jest maszyną, jak sobie to wyobrażasz? xD

=w= To jest cudne. Mówiłem, że piszesz genialnie, babo ty! Zła, niedobra, twierdzi, że nie umie. A umiesz i to świetnie :3 Serio jestem zazdrosny ;w;
Masz parę literówek też =w=

Khaazara - 15-08-2012 22:53:24

You make my day. I to prawie dosłownie, bo u mnie zbliża się ranek. Ach, miło jest przeczytać dobrego yaoica skoro świt *w* A resztę już wiesz xD

Wincenty - 23-08-2012 23:46:25

Cóże tu dużo mówić - bardzo ładniutkie, zgrabnie napisane. :>
Może z lekka denerwuje mnie fakt, iże dialogi są pogrubione. Ale to z przyzwyczajenia - zwyczajnie dostosowałamże się do dialogów niepogrubioną czcionką.
Raven tak mnie się tu cholernie spodobał (seks nie postać! D: ), iżem przy końcówce żałowała, żeś nie zrobiła go na uke, ale Chung wyszedł ci w tymże opowiadaniu świetnie... *rozpływa się*

Marqueree - 28-08-2012 16:14:49

Macie pasztet odnoszący się Przypadków Melissy. Smacznego =w=


http://fc01.deviantart.net/fs71/f/2012/241/e/d/add_cover_by_killergirlfuria-d5cu4p9.png



      Melissa weszła do mieszkania co najmniej zmęczona. I wściekła. Colinsonowie wyprawili imprezkę i musiała pilnować dzieci, była zmęczona wykładem i niewyspana, do tego jeszcze głodna i nic nie narysowała i… właśnie. Miała dziś urodziny, dwudzieste pierwsze. I nikt nawet nie złożył jej życzeń. W sumie… chyba nikt nie pamiętał. Zmęczona brązowowłosa z jękiem opadła na kanapę. Kroki. Z góry szybko zszedł Loki.
- Mel, żyjesz? – zapytał cicho, podchodząc do wyłożonej na kanapie dziewczyny. Ta powoli uniosła się na łokciach, zerknęła na niego, pokręciła głową i znów opadła na mebel.
- Zrobić ci kanapki? – zapytał po chwili z troską w głosie.
- Poradzę sobie – parsknęła Melissa i powlokła się w stronę lodówki. Z urządzeniem zderzyła się czołowo po czym otworzyła je. Wyjęła kawałek kiełbasy i wróciła na miejsce. Loki obserwował poczynania swojej dobrodziejki zza opieradła, a na jego twarzy gościł uśmiech.
- Mel… - westchnął, kiedy dziewczyna opadła na opieradło tuż za nim. Zbliżył się i ułożył dłonie na jej barkach, ściskając delikatnie. Po chwili zaczął masować, wywołując pomruki zadowolenia.
- Idź do pokoju, odpocznij. Przepracowujesz się – stwierdził czarnowłosy. Melissa tylko machnęła ręką ale wstała i skierowała się do pokoju. Już na miejscu powoli przebrała się w piżamy i walnęła na łóżko. Zasnęła.
      Coś było nie tak. Coś było zdecydowanie nie tak. I te obejmujące ją ramiona i ciepły oddech na jej karku. A już na pewno nie miętowy zapach Lokiego.
- Co ty, kurwa, odpierdalasz? – zapytała wkurzona tym, że ktoś przeszkadza jej spać. – Wiesz która godzina?
- Wiem. Pierwsza trzydzieści. Ale tak właśnie myślę i przypomniałem sobie, że nie dałem ci prezentu – bóg zaśmiał się cicho, obejmując ją bardziej.
- Loki…!
- Ajaj, cicho siedź! I wstań – Melissa wstała. Odwróciła się powoli w jego stronę rozeźlona.
- No? – syknęła, krzyżując ręce na piersi. Loki siedział przed nią w samych spodniach i szczerzył się jak głupi do sera. Z szafki wziął małe pudełeczko i wręczył dziewczynie.
- Wszystkiego najlepszego! – powiedział. Melissa parsknęła i otworzyła pudełeczko. Aż zaniemówiła. Światło księżyca wpadające przez okno oświetlało piękną bransoletę. Zrobiona była ze srebra i wysadzana szafirami.
- Łał – stwierdziła po czym jednak odłożyła pudełeczko na szafkę. – Teraz sio, idę spać -  Bóg kłamstw wyraźnie się skrzywił.
- Ale to nie koniec prezentu! – jęknął jak dziecko, które nie dostało lizaka.
- Sio! Jutro!
- Ale ja chcę dziś!
- A bo mnie to obchodzi…
- Powinno! – warknął czarnowłosy i złapał ją za ramiona, przyciągając do siebie.
- Co…?
- Bo druga część to ja – westchnął. Melissa zaniemówiła.
- Czy ty… chcesz się ze mną przespać? – zapytała po chwili. Loki kiwnął głową. – Kurwa mać…
- No co?
- Choćby to, że dziewicą jestem! – warknęła fioletowooka, wcale się z tym nie kryjąc. Mężczyzna wydawał się zbity z tropu. Dosłownie.
- Ty? Taka ładna?
- Tak. I nie jestem ładna.
- Jesteś! – parsknął, pokazując jej język.
- Nie. Kurwa, ja nawet randki nie miałam, nie całowałam się… - pisnęła cicho, podkulając nogi pod siebie.
      - Czas to zmienić – wymruczał Loki, przybliżając się. Melissa siedziała jak siadła, nie śmiała się nawet ruszyć. I wtedy zrobił to. Delikatnie przylgnął swoimi ustami do jej ust. To było takie… inne. Usta czarnowłosego były chłodne i miękkie, takie aksamitne… Melissa nie chciała przerywać. Objęła go jedną ręką, drugą wplatając w kruczoczarne włosy mężczyzny i rozchyliła wargi, mrucząc głośno. Loki wykorzystał to niemal od razu, wdzierając się w jej usta językiem co wywołało głośniejsze mruknięcie. Loki wiedział co robi, miał wprawę. Wczuł się w to, całował z pasją. Dziewczyna z początku nieśmiało oddawała pocałunki aż wreszcie, choć nieumiejętnie, zaczęła próbować przejąć dominację. Nie miała pojęcia ile tak trwali. Liczyło się to, że owa czynność była bardzo przyjemna. Kiedy wreszcie udało im się do siebie oderwać, Melissa niekoniecznie kontaktowała a jej policzki były zupełnie czerwone. Loki uśmiechnął się triumfalnie.
- Czego się szczerzysz? – warknęła brązowowłosa.
- Do ciebie. Ładna jesteś – zaśmiał się bóg. Dziewczyna parsknęła, rumieniąc się mocniej. Pisnęła wystraszona, kiedy niespodziewanie znalazła się plecami na materacu. Do tego pod Lokim. A jego wzrok… wywoływał dreszcze. Bardzo przyjemne dreszcze.
      Pasja. Troska. Pożądanie. Zależało mu na niej, widziała to.
      Przylgnął znów do jej ust z taką samą pasją jak wcześniej. Melissa zarzuciła mu ręce na szyję. Wiedziała, że tylko na całowaniu się nie skończy, ale ona tego chciała. Tego, czego jeszcze w życiu nie robiła. Bała się ale chciała zbyt mocno. I nie chciała odtrącać Lokiego. Po raz kolejny zamruczała mu do ust. Było miło. Bardzo. Pozwoliła.
     Dłonie Lokiego powędrowały pod jej koszulkę. Zadrżała, czując ich chłód. Był taki kojący… Stęknęła cicho, kiedy mężczyzna najspokojniej na świecie znaczył sobie palcami kółka na jej brzuchu miarowo, coraz wyżej.
     Jęk.
     Melissa wygięła się w łuk, kiedy jedna z dłoni dotarła do piersi, zaciskając się na niej. Potem druga. Jakie to było przyjemne! Ręce Lokiego nadal były chłodne co dziwnym sposobem potęgowało odczucia.
      Kolejny jęk.
      Loki wiedział co robi. Wiedział jak. I tej wiedzy nie szczędził. Przypatrywał się z uśmiechem wyrazowi twarzy Melissy. Takiemu… zażenowanemu…
- Słodka... – mruknął.
- Co?
- Słodka jesteś – zaśmiał się znów, całując ją po raz kolejny. Nawet po oderwaniu się od siebie nie skomentowała, tylko posłusznie dała sobie ściągnąć koszulkę. Loki zamruczał i przyssał się do jej szyi, czasem delikatnie podgryzając. Melissa jęknęła nagle, kiedy przygryzł miejsce gdzieś między szyją a barkiem. Czarnowłosy tylko się znów uśmiechnął. Rękami nadal ugniatał jej piersi.
- Wiesz, myślałem, że są mniejsze – powiedział w końcu.
- Że co?
- Mówię, że myślałem, iż twoje cycki są mniejsze. Pozytywnie mnie zaskoczyłaś – zaśmiał się. Dziewczyna naburmuszyła się i zakryła swoje piersi rękami.
- Odczep się od moich cycków! – syknęła.
- Nie mogę. Za ładne są! – w tym momencie Melissa zaczęła się zastanawiać, jakim cudem go mięśnie szczęki nie bolą, bo szczerzył się już dość długo i szeroko.
- To ich nie komentuj!
- Będę – mruknął i wpił się w jej usta. Zaskoczona dziewczyna pozwoliła zabrać ręce ku zadowoleniu boga. Znów przyssał się do jej szyi, tym razem jednak na znacznie krócej. Zaczął powoli jechać ustami niżej, znacząc mokry ślad językiem. Melissa stęknęła głucho kiedy Loki przyssał się do jej prawego sutka, nadal ugniatając lewą pierś. Dziewczyna czuła gorąco rozchodzące się po całym jej ciele. Widziała rumieńce, które wykwitły na twarzy Lokiego.
      Nie czuła zażenowania.
      Bezwiednie gładziła mężczyznę po aksamitnych włosach. Zjechała rękami na kark. W pewnym momencie Loki jęknął głośno, wyginając się i spojrzał na Melissę z wyrzutem.
- Oj, czyli masz słabe punkty w podobnych miejscach co ja. A już na pewno, jeśli chodzi o szyję – Melissa znów nacisnęła to miejsce. Kolejny jęk.
- Przestań! – sapnął Loki. Przez zabawę dziewczyny ledwo kontaktował a w spodniach zrobiło mu się ciasno. Ale musiał wytrzymać. Nie chciał jej ani skrzywdzić, ani wystraszyć. To on był prezentem dla niej, nie ona dla niego. Oderwał dłonie dziewczyny od swojego karku i ucałował ją w czoło. Parsknęła. Po chwili wrócił do wcześniejszej czynności.
- Nadal masz chłodne dłonie – sapnęła fioletowooka.
- Taka dola Lodowego Giganta – mruknął jakby od niechcenia.
- Wiesz, jak na giganta trochę za niski jesteś! – zaśmiała się Melissa. – I nie jesteś niebieski – dodała po chwili.
- Nie, bo umiem przyjmować ludzki wygląd.
- Pokażesz? – jak na zawołanie twarz Lokiego stała się szaroniebieska, skóra pokryła się dziwnymi tatuażami a oczy zrobiły czerwone. Bił od niego większy chłód niż wcześniej. Po chwili jednak wrócił do dawnego stanu, przekrzywiając głowę.
- I tak i tak ładny jesteś – odparła dziewczyna. Bóg uśmiechnął się i znów zjechał niżej, znacząc językiem kółka na brzuchu dziewczyny. Jego dotyk stał się cieplejszy, alabastrowa skóra zaczerwieniła się gdzieniegdzie. Melissa wciągnęła powietrze, kiedy dotarł do linii jej majtek. Zaczepnie trącił gumkę palcem.
- Ściągaj – rozkazała. Loki ściągnął. Powoli, po czym odrzucił jej bieliznę na podłogę. Brązowowłosa zakryła sobie twarz dłońmi. Teraz była zażenowana. Mężczyzna tylko zaśmiał się cicho, rozbawiony jej reakcją i zaczął składać pocałunki na jej podbrzuszu i udach, skutecznie omijając to jedno miejsce. W końcu jednak i to mu się znudziło.  Delikatnie przejechał palcem po płatkach, rozchylając je. Melissa wciągnęła szybko powietrze kiedy pierwszy palec delikatnie zanurzył się w jej wnętrzu. Stęknęła, kiedy zanurzył drugi, a jak zaczął nimi powoli poruszać, tak dziewczyna miarowo pojękiwała. W końcu przestał i pocałował ją namiętnie.
- Dobra, chcesz czy nie?
- Chcę. W końcu… to mój urodzinowy prezent, nie? –Melissa uśmiechnęła się. Loki westchnął, odchylając głowę do tyłu i przyjął zamyślony wyraz twarzy. Po chwili lekko przechylił twarz, spoglądając a nią jednym okiem i wyprostował się. Wstał z łóżka i zdjął spodnie, rzucając je w kąt. Fioletowooka jęknęła głucho widząc go i opadła na poduszki.
- Tylko delikatnie! – syknęła.
- Tak jest! – odpowiedział, uśmiechając się uspokajająco. Rozsunął jej nogi, prawą ułożył sobie na ramieniu, lewą zaś przytrzymał pod ręką i przybliżył się. Nakierował swojego członka na jej wejście i powoli zagłębił się w ciepłym i ciasnym wnętrzu dziewczyny. W pewnym momencie poczuł opór, który w miarę delikatnie przełamał.
      Melissa otworzyła usta charcząc a z jej oczu spłynęło kilka łez. Nie mogła złapać tchu. Obce, wdzierające się w nią ciało było takie… inne. Członek Lokiego, w przeciwieństwie do dłoni był przyjemnie ciepły. Kiedy przerwał błonę zabolało, jednak ten ból był znośny. Melissa ułożyła sobie dłoń na podbrzuszu, wyczuwając go przez skórę. Uśmiechnęła się delikatnie, ocierając łzy drugą ręką. Loki zaczął się powoli poruszać starając się nie sprawiać większego bólu dziewczynie. Melissa zaczęła wzdychać. Z czasem ból posłusznie ustępował przyjemności, którą pragnął dać jej zielonooki. Ułożył znów jej nogi na łóżku, sam nachylając się nad dziewczyną i całując ją. Zarzuciła mu ręce na szyję, wtulając twarz w jego bark. Loki czuł jej gorący, przyśpieszony oddech na swojej alabastrowej skórze.
- Szybciej! – Loki przyspieszył, odrywając twarz dziewczyny od swojego ramienia. Spojrzał jej w oczy. Zamglone, pełne przyjemności fioletowe patrzałki. Uśmiechnął się, znów przyśpieszając.
      Jęk.
      Po nim drugi, trzeci, każdy głośniejszy od poprzedniego. Melissa nie miała zamiaru kryć przyjemności. Loki też jęknął. Głucho i nieśmiało. Potem kolejny raz, nieco śmielej i sapnął po czym znów jęknął i przyśpieszył. Patrzył zadowolony jak dziewczyna wije się pod nim z przyjemności. Nachylił się znów, smakując tych ust. Kochanych ust.
      Teraz zrozumiał. Zrozumiał czemu to wszystko. Czemu tak mu na niej zależy.
Kochał ją. Tak bardzo kochał! A teraz łączył się z nią w jedno.
      Czuł, że nie wytrzymuje. Przylgnął do niej torsem dochodząc w ciepłym wnętrzu dziewczyny i poruszył się jeszcze kilka razy pomagając dojść i jej po czym upadł na łóżko. Melissa miała przyśpieszony oddech.
- I jak? – zapytał cicho zmęczony Loki, przyciągając ją do siebie.
- Dobrze. Co najmniej – jęknęła dziewczyna pozwalając się objąć.
- Wiesz co, Mel?
- Hmm…?
- Chyba cię kocham.
- To dobrze, bo ja ciebie chyba też – wymruczała dziewczyna, okrywając ich kołdrą. – A teraz daj mi się z łaski swojej wyspać! – warknęła, wtulając się w klatkę piersiową mężczyzny jeszcze bardziej. Loki tylko zaśmiał się, obejmując ją i wsadził nos w jej włosy. Wolał się już nie odzywać. Po prostu zasnął, i to bardzo zadowolony.

Cherish - 28-08-2012 17:01:09

Omnomnomnomnom...
"Wstał z łóżka i zdjął, rzucając w kąt." To w zasadzie co zdjął?
Nie chce mi się błędów w hentaiach szukać xD
Zastanawiam się tylko, jak bardzo świadomi są, że Mel zajdzie teraz zapewne w ciążę xD

Marqueree - 28-08-2012 17:05:20

Cherish napisał:

Zastanawiam się tylko, jak bardzo świadomi są, że Mel zajdzie teraz zapewne w ciążę xD

Zastanawiam się tylko, skąd Mel wytrzasnęła te wszystkie środki antykoncepcyjne które trzyma pod poduszką XD
Mel lubi dzieci, ale bez przesady ._.

Co do zjedzonego słowa - już poprawiam =w=

Carolinee - 28-08-2012 21:02:52

Doopsz... Mnie się podobało, znalazłam kilka zjedzonych przecinków, ale mi się nie chce, więc Ci nie wypisze, wybacz. XD
No ładnie, ładnie. =w= Aaale ja i tak wolę yaoice, chyba wiesz, ne? Hentaie robią się takie ciut nudne...
Ale to tylko moje odczucie, bo Ty piszesz dobrze i przyjemnie mi się czytało. :3

Marqueree - 02-09-2012 19:43:37

Uwaga!
W tym shocie NIE występuje Melissa ani żadna z moich postaci. Loki dziwnym trafem dołączył do Avengersów.

Zabij mnie ktoś. W chuj długie, naciągane i seksu mało =w=


Loki x Legolas
(yaoi, +18, crossover, MindFuck)



      Loki siedział w obszernej, szaroniebieskiej kuchni, powoli sącząc herbatę. Ostatnio ani on ani Hulk nie wywoływali katastrof więc nie było co robić. Loki tkwił w tym stanie już jakiś czas. Smętny, nieobecny, warczący na wszystko. Czarnowłosy bóg był najzwyklej na świecie znudzony. Dopił herbatę, odstawił kubek do zlewu i wrócił na miejsce, układając głowę na stole. Do kuchni ktoś wszedł. Dokładniej mówiąc, trzy ktosie. Loki po głosach rozpoznał Starka, Bannera i swojego brata. Wsienka na torcie.
- Coś ty taki markotny ostatnio? Kawy chcesz? – podjął Tony.
- Dla własnego i wszystkich dobra nie dawaj mu kawy – zagrzmiał Thor. Loki parsknął.
- Cholernie mi się nudzi. Jest coś do roboty? – mężczyźni pokręcili głowami. – Pierdolę, pakuję się i…
     Wrzask.
     Do kuchni wpadła zdyszana agentka Maria Hill.
- Chłopaki, Slevig wykombinował most czasoprzestrzenny, popieprzyło go! – zaczęła krzyczeć. Benner złapał ją za ramiona.
- Spokojnie, co się stało?
- Slevig otworzył wypaczony portal, nie da się go zamknąć! – krzyknęła zrozpaczona. Cała czwórka popatrzyła na Lokiego groźnie.
- No co?
- Wykrakałeś. Szybko! – rzucił Stark i wybył po zbroję. Thor przywołał Mjiolnira, Loki hologramowo zmienił ubranie i popędził po włócznię, którą w akcie zaufania mu oddano. Cała czwórka popędziła do laboratorium a to, co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Slevig majstrował coś przy komputerze a na środku w najlepsze szalała sobie wielka, kolorowa dziura.
      - Jak to zamknąć? – wrzasnął Banner.
- Nie mam pojęcia! – odpowiedział naukowiec. I wtedy portal gwałtownie się powiększył, zmniejszył i zaczął zamykać. Lecz, nim to się stało Loki, Thor, Bruce i Tony zostali przez niego wciągnięci.
- O cholera…
- Slevig, co się stało? – do laboratorium wkroczył Fury.
- Właśnie nam wypierdoliło czterech najsilniejszych Avengersów – naukowiec podrapał się po głowie.
- Niech ktoś się jakoś skontaktuje z Hemidallem! – zarządził dyrektor szybko. Bo to było jedyne wyjście. Most w Asgardzie został już naprawiony więc nie powinno to stanowić problemu.

~•~•~•~•~•~


      Słowa Furyego wystarczyły czarnoskóremu strażnikowi w zupełności. Widział i słyszał przecież wszystko. Wytężył wzrok, próbując wyszukać domniemają czwórkę i zamarł.
- Kurwa mać – pierwszy raz w życiu zdarzyło mu się przekląć.

~•~•~•~•~•~


      Steve Rogers, Clint Barton i Natasza Romanoff stawili się na miejscu teleportacyjnym.
- Hemidallu, otwórz most! – krzyknęła rudowłosa w niebo. Po chwili w błyskach i chmurach pojawił się kolorowy tunel. Kiedy zniknął i pozostała trójka Avengersów zniknęła.
      Myśląc już w miarę trzeźwo przebiegli złotą komnatę, podbiegając do strażnika.
- Wypatrzyłeś ich?
      Kiwnięcie.
- Możesz otworzyć tam portal?
      Kiwnięcie.
- Gdzie oni są?
- W najgorszym, że tak powiem, zadupiu wszechświata. – westchnął strażnik.
- Bez jaj! – krzyknął Clint.
- A i otwarcie portalu zajmie kilka dni. To miejsce jest bardzo daleko stąd – Avengersów irytowała beznamiętna i spokojna postawa Hemidalla ale wiedzieli, że się martwi.

~•~•~•~•~•~


      Thor jęknął głucho, zderzając się plecami z ziemią po czym krzyknął, kiedy spadł na niego Stark w zbroi, Banner spadł na Starka z piskiem. Loki miał tyle szczęścia, że nie spadł na żadnego z nich ani żaden nie spadł na niego. Loki wylądował na tyłku i wrzasnął głośno, kiedy jego halabarda wbiła mu się między nogi, bardzo blisko pewnego miejsca. Mjiolnir zarył w ziemię kilka metrów dalej.
- Chciałeś, żeby się coś działo, masz! – wrzasnął Stark, spychając z siebie kolegę i samemu wstając. Już podchodził z zamiarem wyrzucenia bogowi tego, co myśli, kiedy zauważył dziewięć zdziwionych osób. Pięciu kurduplów w tym jednego z toporem, dziadka z kijem, dwóch facetów i blondynę, która po dłuższym przyjrzeniu również okazywała się facetem. Stark westchnął, byli ubrani jak w średniowieczu. Thor przywołał młot do siebie i wstał za jego pomocą. Spojrzał na grupkę i już chciał podejść, by „grzecznie” zapytać o to, gdzie jesteśmy ale został powstrzymany przez brata.
      - Pozwól bracie, nie mam zamiaru skończyć przez ciebie przeszyty strzałami lub z toporem we łbie! – syknął wściekle, po czym podszedł do dziadka. – Przepraszam, ale mógłby mi pan powiedzieć, gdzie jesteśmy? – zapytał, skłaniając się lekko. Dziadek pogłaskał się po brodzie.
- Chodzi ci o to miejsce czy ogólnie o kraj?
- Kraj wystarczy.
- Śródziemie – Loki zbladł, odwrócił się i strzelił z włóczni w najbliższy duży przedmiot którym okazał się kamień. Z kamienia nie zostało nic.
- Kurwa mać! – wrzasnął.
- Ejejejej! Uspokój się Loki! – krzyknął Banner.
- To gdzie my jesteśmy? – zapytał Thor. Loki spojrzał się na niego krytycznie.
- Trzeba było nie spać na lekcjach o wszechświecie! Jesteśmy na zadupiu, że tak powiem! Na końcu galaktyki! W królestwie nazywanym Ephath! – wrzeszczał wściekle. Zdjął rogaty hełm i cisnął go gdzieś daleko, również niszcząc. A „tubylcy” nadal się dziwnie patrzyli.
- Bracie, uspokój się! Jestem pewien, że Hemidall dowidzi i tu! – Thor złapał go za ramiona.
- Widzi nas i słyszy. Ale portal, o ile otworzy, to najwcześniej za trzy-cztery dni! – zsyczał czarnowłosy wściekle.

~•~•~•~•~•~


      Gandalf patrzył na nowoprzybyłych nie kryjąc zdziwienia. Jak żył, a żył długo, nie widział czegoś takiego. Z kolorowej dziury wypadło czterech dziwnie ubranych mężczyzn. Magia? Gandalf nie wiedział.

~•~•~•~•~•~


      Anthony Stark z początku spróbował się unieść. Nie udało się.
- Moc na wyczerpaniu – odezwał się JARVIS.
- Ech… Thor, możesz mnie błyskawicą strzelić? – powiedział pierwsze lepsze co mu przyszło do głowy. O dziwo bóg usłuchał. Skierował młot w niebo po czym w niego. I grzmot.
- Dostępne dwieście procent mocy – powiedział znów komputer.
- O to chodziło, dzięki Thor! – krzyknął, unosząc się już teraz bezproblemowo. Zebrani popatrzyli na niego dziwnie. – No co?

~•~•~•~•~•~


      Legolas spoglądał kątem oka na czarnowłosego. Przełknął po chwili ślinę i spuścił głowę. Jeśli  by Boromir zobaczył, byłoby źle. Uważał elfa za swoją własność. Blondyn skrzywił się, czując sińce po wczorajszym ale nie mógł tego okazać. Bo byłoby jeszcze gorzej.

~•~•~•~•~•~


      Bruce Banner rozejrzał się zdezorientowany. Jeszcze chwila i ten drugi przejmie kontrolę, no!
- A może my się tak z nimi zabierzemy póki Hemidall nie otworzy mostu? – zapytał Lokiego. Ten tylko westchnął po czym kiwnął głową.
- Nie, musimy tu zostać! – krzyknął Thor.
- Zamknij się młotek! – odwarknął czarnowłosy. – Otworzyć portal do Ephath jest ciężko, ale jak się już to zrobi to można w każdym miejscu – syknął. Kiwnął na Starka by wylądował.
- Uhm. Proszę pana, panie…
- Gandalf.
- Tak. Panie Gandalf, czy moglibyśmy z wami jakiś czas wędrować? Aż ta cała sprawa się nie wyjaśni? – zapytał potulnie Banner. Staruszek rozejrzał się po reszcie, większość pokiwała głowami, tylko blondwołsy chłopak pozostawał jakby nieprzytomny. Po prostu patrzył w ziemię. I drugi mężczyzna patrzący na niego tak… dziko.
      Loki postanowił, że się tym zainteresuje.

~•~•~•~•~•~


      Thor wgryzł się w mięso, odrywając pokaźny kawał. Avengersi poznali już imiona chwilowych sprzymierzeńców więc wiedzieli, że Thor polował z Aragornem i Boromirem. Z nimi poszedł i Loki oraz blondyn o szpiczastych uszach. Wyraźnie z przymusu. Krzyki mężczyzn, kiedy Thor wrócił z czterema sarnami i ich zdziwione miny, kiedy właśnie kończył trzecią… Sam Loki się zastanawiał, gdzie on to pcha. A Banner na równi tylko, że temu to się jakoś nie dziwił. Wszyscy ułożyli się do snu.
      Loki miał bardzo lekki sen, mógł go obudzić wiatr a co dopiero cichy, żałosny pisk. Powoli otworzył oczy i wygiął się niezauważalnie. Wzrok miał na tyle dobry, by bez trudu zauważyć Boromira ciągnącego Legolasa za włosy. Kiedy zniknęli za drzewami wstał bezszelestnie i wyciszył kryształ w włóczni po czym ruszył za nimi.
- Co ty odwalasz? – szepnął nagle Bruce. Lokiemu serce podskoczyło do gardła.
- Nie strasz mnie tak! – odszepnął. – Idę coś sprawdzić, jak chcesz, to też chodź – westchnął i ruszył w stronę drzew. Banner niechętnie wstał z ciepłego posłania i równie cicho co bóg ruszył za nim. Czaili się dosłownie jak bandyci ale to, co zobaczyli przeszło ich najśmielsze oczekiwania.

~•~•~•~•~•~


      Legolas ledwo łapał oddech. Chyba miał złamane żebro. Zagryzł warg do krwi, łykając łzy. Czemu on? Czemu? I czemu to tak boli?
      Boromir wszedł w niego po raz kolejny. Szybko, mocno, do końca, wywołując kolejną falę bólu. Elf należał do niego. Czemu? Po prostu, bo tak. Nie patrzył na to, czy sprawia mu ból. Chciał tylko zaspokoić siebie. Tylko.
      Chłód metalu na plecach.
- Ubieraj się, jeśli ci życie miłe! – zasyczał Loki, znów aktywując halabardę. Boromir spojrzał na niego z niechęcią po czym złapał za miecz, szybko naciągając spodnie. Zaatakował.
      Głupek, pomyślał Loki.
Uniknięcie jego ciosu było co najmniej łatwe. W zamian to bóg wyprowadził cios, uderzając go drugim końcem swojej broni w szczękę a po tym w brzuch i kolano. Boromir wrzasnął.
- Co wy odstawiacie?! – krzyknął Thor, wbiegając na polanę. Za nim Aragorn i Gimli.
- Weźcie go stąd! – zasyczał Loki, wskazując bronią na mężczyznę po czym zdjął swój płaszcz i okrył nim Legolasa. – Spokojnie, poradzę sobie – syknął na podchodzącego brata, biorąc blondyna na ręce i skierował się w stronę przebłyskującego między drzewami strumienia. Thor tylko wzruszył ramionami i złapał Brormira za bluzkę.
      Aragorn nie wierzył temu, co właśnie zobaczył.

~•~•~•~•~•~


      Loki delikatnie ułożył blondyna na trawie blisko brzegu. Spojrzał na niego współczująco i pogładził po policzku.
- Długo to robił? – zapytał z troską, o którą by się nigdy nie podejrzewał.
- Nie dłużej niż miesiąc – pisnął cicho elf, kuląc się. Był blady, zapłakany i zakrwawiony. Miał na twarzy jedną, małą ranę ciętą a na reszcie ciała mnóstwo siniaków. Loki zacisną pięści.
- Jeszcze nigdy nie miałem ochoty nikogo aż tak zabić – stwierdził sykliwie. Legolas tylko jęknął, kuląc się. – To cię boli? – zapytał jeszcze Loki. Blondyn pokiwał głową.
- To akurat zaraz przestanie, już się przyzwyczaiłem – pisnął. Czarnowłosy westchnął ciężko, gładząc go po głowie po czym wyjął zieloną chusteczkę z kieszeni. Z owym przedmiotem nigdy się nie rozstawał. Namoczył chustkę w wodzie i powoli zaczął obmywać rany elfa. Ciche posykiwanie i popiskiwanie towarzyszyło każdemu większemu nacięciu czy siniakowi. Loki był zdziwiony, że nie wdało się zakażenie.
      Skończył.
      Spojrzał na skulonego elfa. Wszystko mu wyjaśnił, jak to się stało. Odmówił Boromirowi tuż po wyruszeniu więc ten pod osłoną nocy zaciągnął go dalej i zgwałcił. Zagroził też, że zabije jak komukolwiek powie. Tak to się zaczęło.
- Chciałbym go zabić – syknął bóg.
- Mimo wszystko, nie – jęknął Legolas, wycierając łzy. Zdziwione spojrzenie. – Jest potrzebny… i… i… - Loki niespodziewanie objął elfa w mocnym acz delikatnym uścisku. Ten, zaskoczony bezwiednie się wtulił. Nagle poczuł się bezpieczny. W sumie, chyba żaden z nich nie kontaktował. Nie wiedział co robi. Czarnowłosy nachylił się, delikatnie muskając jego usta swoimi. Chłopak delikatnie i nieśmiało rozwarł swoje wargi, pozwalając Lokiemu na większe manewry, co ten wykorzystał praktycznie natychmiast.

~•~•~•~•~•~


      Thor i Aragorn powoli szli nad rzekę.
- Uwierz, na moim bracie można polegać, znam go! – powiedział po raz kolejny.
- Ja myślałem, że znam Boromira! – syknął czarnowłosy wojownik.
- A czy wychowywałeś się z nim od dziecka? Czy mieszkałeś z nim w jednym pokoju kilka tysięcy lat? – zapytał Thor. – Jesteśmy bogami, czas płynie nam wolniej – odpowiedział, widząc zdziwione spojrzenie po czym wzruszył ramionami i wychylił się zza drzewa. Aragorn też tylko, że tego drugiego trzeba było przytrzymać przed rzuceniem się w stronę całującej się pary.
- Mówiłeś, że… !
- Mówiłem, że Lokiemu można zaufać. To fakt, udawał gnidę i to dość długo, ale już przestał. On by tego waszego kolegi nawet nie pocałował bez zgody. No dobra, może i by pocałował, ale jeśli nie dostanie zezwolenia nie posunie się dalej – odpowiedział Thor sam zdziwiony logicznością i długością swojej wypowiedzi. Aragorn uległ ale uparł się, by zostać.
      Thor nie miał ochoty oglądać seksu dwóch facetów, bo był pewny, że do tego dojdzie, ale wolał nie ryzykować życia swojego brata, kiedy tylko zejdzie Łazikowi z oczu. Przysiadł więc obok niego i nie patrzył. Po prostu słuchał.

~•~•~•~•~•~


      Loki westchnął, odrywając się od słodkich ust elfa i nagle spoważniał.
- Ale ty wiesz, że nas oglądają, prawda?
- Wiem. I nie obchodzi mnie to – wymruczał Legolas, wtulając się w niego. Po chwili zaczął jedną ręką gładzić czarnowłosego po plecach, drugą majstrując przy jego czarnej koszuli.
      Loki uznał to jako pozwolenie na nieco śmielszy ruch.
      Delikatnie zniżył głowę, przysysając się do nienaruszonej, delikatnej szyi blondyna, co ten skwitował jękiem. Bóg chuchnął mu delikatnie do ucha na co ten się wygiął i pomógł uporać się z pierwszą bluzką potem z drugą. Loki znów wpił się w jego usta. Nadal delikatnie ale zachłanniej, namiętniej. Elf zamruczał głośno.

~•~•~•~•~•~


      Thor jęknął, chowając twarz w kolanach. Nie podzielał zainteresowania kolegi. Nie jarało go dwóch facetów, no! On chciał jak najszybciej wracać. Choćby do Midgardu! A najlepiej od razu do Jane…
      Aragorn chętnie by zareagował, ale te odgłosy, które wydawał z siebie Legolas… Jednak nie działa mu się krzywda.

~•~•~•~•~•~


      Loki przycisnął się delikatnie do blondyna, znacząc ślad śliną na jego szyi. Jęk, kiedy przygryzł delikatnie skórę pod uchem. Czarnowłosy ściągnął buty, kładąc blondyna na swoim płaszczu i nachylił się, składając subtelny pocałunek na jego wargach. Zszedł niżej, muskając gorącym oddechem szyję elfa i skierował się jeszcze niżej. Tam już były siniaki. Składał delikatne pocałunki na każdym z nich, co chwila przysysając się do nieuszkodzonego miejsca. Legolas jęknął głucho, potem kolejny raz i jeszcze jeden. Wygiął się w łuk, mrucząc głośno.
      Blondyn nie protestował, Loki po raz kolejny uznał to za pozwolenie. Czarnowłosy zjechał jeszcze niżej, do podbrzusza, wywołując stęknięcie a po tym znów w dół, po krótkiej chwili biorąc członka elfa do ust. Legolas jęknął głośno, kolejny raz wyginając się w łuk. Było mu dobrze. Bardzo. Loki brał go całego do ust, lizał i ssał. Sam siebie nigdy by o coś takiego nie podejrzewał, ale chłopak zdecydowanie sobie na to zasłużył. Lokiemu zakręciło się w głowie, kiedy blondyn doszedł. Jęknął cicho czując niekoniecznie przyjemny smak, ale wszystko połknął. Parsknął, znów wracając do ust kochanka. Wpił się w nie zachłannie ale oderwał po chwili.
      - Jesteś pewien, że mi pozwolisz? – zapytał nagle Loki, przyciskając się torsem do niego. – Po tym, co się działo chwilę temu…
- Jestem pewien – stwierdził twardo Legolas. – Jestem też pewien, że mnie nie skrzywdzisz.
- Możesz być pewien, że spróbuję. Nie obiecuję, że nie zaboli – sapnął bóg, pozbywając się spodni. Wpił się znów w usta blondyna, tym razem na długo.
      Legolas pisnął stłumionym głosem wprost do ust kochanka, czując jak coś na niego napiera.
- Rozluźnij się – rozkazał bóg, odrywając się od niego na kilka sekund, po czym znów pocałował. Elf za radą rozluźnił się i zamknął oczy. Z głuchym jękiem wbił paznokcie w alabastrową skórę Lokiego, czując jak obce ciało wdziera się w niego. Ale czuł tylko dyskomfort, żadnego bólu. To go zdziwiło. Od kiedy Boromir zaczął go regularnie gwałcić nie wyobrażał sobie, że to może nie boleć. Nie bolało. Nawet, jeśli Loki zaczął się powoli poruszać zaraz po znalezieniu się w nim. Z początku delikatnie, czując blizny w jego wnętrzu.
      Jak można zrobić coś takiego? Widać można, wystarczy chcieć.
      Legolas jęknął, kiedy dyskomfort zaczął się przeobrażać w przyjemność. Otoczył kochanka nogami w pasie i zarzucił mu ręce na szyję, wyginając się i mrucząc. Przyjemność odbierała mu zdolność zdrowego myślenia. W porównani z tym, co działo się jakąś godzinę temu… nie. Wolał nie myśleć. A już na pewno nie o tym.
      Loki jęknął, znów przyśpieszając. Było mu dobrze. Bardzo. A najważniejsze, że blondynowi też. Nachylił się nad nim po raz enty wpijając się w jego usta. Elf posłusznie rozchylił wargi, co bóg wykorzystał natychmiast. Wsunął do nich język, jeżdżąc po jego podniebieniu. Legolas wydał z siebie stłumiony acz głośny jęk. Blisko.
      Pierwszy doszedł Loki z głośnym westchnięciem po czym ręką pomógł dojść kochankowi. Opadł na płaszcz i wciągnął blondyna na siebie, uśmiechając się.
- Widzisz? Mówiłem – westchnął blondyn, uspokajając oddech.
- Mówiłeś. Wstań, dasz radę się umyć? – westchnął Loki, samemu wstając i zaczął się ubierać. Elf kiwnął głową.

~•~•~•~•~•~


      Thor siedział skulony, nakryty swoją czerwoną peleryną, ale nawet ona nie chroniła przed różnej maści dźwiękami dobiegającymi znad brzegu. Kiedy uznał, że skończyli po prostu złapał Aragorna za ramię i szybko oddalił się w stronę obozowiska, czemu ten nie oponował. Był po prostu w szoku.
      Loki westchnął, podrzucając lekko elfa śpiącego w jego ramionach i wyszedł z lasu. Uwagę na niego zwróciły tylko trzy osoby. Zdegustowany Aragorn, blady Thor i gapiący się na niego z nienawiścią Boromir. Zdecydowanie zignorował spojrzenie ostatniego i ułożył delikatnie blondyna na swoje posłanie samemu kładąc się obok. Zasnął wtulony w Legolasa.
      - Nie mówiłem? – odezwał się Thor po jakimś czasie.
- Mówiłeś. I miałeś rację. Przepraszam – uniósł ręce Aragorn.

~•~•~•~•~•~


      Nagle zerwał się mocny wiatr, niebo przeszyły błyskawice. Loki skrzywił się. Wiedział, co to oznacza. Portal Bifrost. Przed nimi rozwarła się spora, kolorowa dziura.
- Musimy już… iść – westchnął czarnowłosy, rzucając spojrzenie Legolasowi. Widać było, że elf się do niego przywiązał, prawie na krok nie odstępował. Blondyn patrzył na niego wzrokiem zbitego psiaka, bogu aż się zrobiła go szkoda. Tony, Bruce i Thor już stali przy portalu. Loki się wahał.
- Bracie, na co czekasz? – zagrzmiał Thor. Loki pokręcił głową. I wtedy właśnie podbiegł do niego Legolas.
- Gandalfie, Frodo… pozwolicie mi ruszyć z nimi? – Czarnowłosy nie wiedział czemu, ale ogarnęła go radość. Ogromna. Starzec spojrzał na ciemnowłosego Niziołka potem na elfa i pokiwał głową z uśmiechem.
- Nie musiałeś.
- Musiałem. Prowadź – Legolas po prostu złapał go za rękę z uśmiechem. Loki czuł wywiercające mu w plecach dziurę spojrzenie. Odwrócił się. Ach, Boromir. Bóg tylko uśmiechnął się, obdarzając go spojrzeniem jeszcze gorszym, wojownik zbladł. Czarnowłosy może i walczył w dobrej sprawie, ale nadal pamiętał, jak spojrzeć żeby ściąć na kolana. Pomachał im i wszedł do teleportu jako pierwszy, bez cienia strachu, ciągnąc elfa za sobą. Pozostałą trójka weszła niemal jednocześnie. A właściwie wskoczyła. Kiedy stanęli na pozłacanej posadzce w teleporterze, Bruce i Thor wydali z siebie okrzyk radości a Tony zaczął skakać i nucić jakąś piosenkę, chyba ze smerfów.

~•~•~•~•~•~


      Natasza spojrzała krytycznie na trójkę idiotów po czym przeniosła wzrok na czarnowłosego. I ją zamurowało. Zza niego niepewnie oglądał pomieszczenie blondwołsy mężczyzna. Przystojny.
- Te, Loki, kto to? – zapytała w końcu ruda.
- Legolas, gość z Ephath. Zostanie z nami na dłużej – uśmiechnął się bóg, klepiąc go po ramieniu. Ten tylko kiwną głową.
- Hemidallu, możesz od razu otworzyć most do Midgardu? – zapytał Thor. Czarnoskóry, wielki wręcz mężczyzna tylko kiwnął głową. Zdjął z rękojeści miecza dymiący kryształ i włożył oręż znów w podest.
- A jeśli można wiedzieć, czemu wam się tam tak spieszy? – zapytał strażnik.
- Musimy policzyć się z profesorem Slevigiem. Natychmiast – odparł Banner a przez chwilę zdawało się, że mówi nie on, acz Hulk. Pozostała trójka przytaknęła.
- Gdzieś zgubił hełm? – zapytał Steve.
- Wnerwiłem się i rozwaliłem. Nie tęsknię. I nie nazywajcie mnie już rogaczem, na litość Odyna! – syknął Loki. Odpowiedział mu śmiech. I wtedy portal otworzył się po raz kolejny, tym razem kierując ich na ziemię.

~•~•~•~•~•~


      Slevig od kiedy dowiedział się, że wracają był cały blady. Phill Coulson się niepokoił. A właśnie, Phill. Loki nie był idiotą. By ratować swój tyłek był skłonny iść do Nilfheim i prosić swoją córunię, Hel o wydanie jej tego śmiertelnika. Wrócił z kilkudniowym opóźnieniem, ale udało się. Jak tego dokonał, nie powiedział.
      - Czego się boisz, Slevig? – zapytał agent.
- Nie boję się, tylko nie wiem, którą trumnę wybrać – wymamrotał naukowiec. Coulson zajrzał mu przez ramię. Ten faktycznie oglądał katalog trumien!
- Weź tą ładną dębową – zaproponował i oddalił się, zostawiając Sleviga na pastwę właśnie lądujących Avengersów. Blady, z katalogiem trumien pod pachą udał się na lotnisko. Wolał to mieć za sobą.

~•~•~•~•~•~


      Można było spodziewać się wszystkiego. Że Slevig ucieknie, popełni seppuku, zacznie piszczeć jak baba… ale nikt nie spodziewałby się, że wyjdzie im naprzeciw z kubkiem kawy i katalogiem trumien pod ręką. Bo to zrobił. Banner wyciągnął rękę.
- Ja mogę? – kiwnięcie. Naukowiec tylko się uśmiechnął miło i po chwili przed nimi stał wściekły,  zielony wielkolud. Slevig przełknął ślinę.
      Loki z uśmiechem przyciągnął do siebie blondyna i obserwował to, co kiedyś Hulk zaserwował jemu. Slevigowi może nie będzie potrzebna trumna, ale wakacje raczej.
- Chodź, pokażę ci nasz świat – powiedział do całkowicie zdezorientowanego elfa.

odwiedź bramy garażowe hormann lublin, napędy